Po całym tygodniu rzetelnej pracy, transport szybko przypomniał mi że nie ma co planować. Pierwsza wyprawa szła idealnie aż do piątku rano. Myślałem że będę już miał coś gotowego żeby załadować do Montrealu. Już w czwartek spedytor powiedział mi żebym udał się 400km dalej w kierunku Ellensburg w Washyngtonie i był w stanie gotowości. Tak więc zaplanowałem sobie że ewentualnie stracę cały piątek na załadunku, tak na chłodniach bywa i w sobotę rano zacznę mój powrót żeby dotrzeć do Montrealu najpóźniej we wtorek wieczorem. A tu masz, lekkie rozczarowanie bo w piątek nic się nie znalazło, co gorsze w sobotę tak samo nic. Mam okazję przypomnieć sobie jak wygląda pauza, którą kręciłem prawie co tydzień w Europie . Mam tę swobodę że mogę sobie przestawiać auto do woli, lub jechać nim na zakupy albo nawet wypiąć ciągnik i używać oficjalnie jako prywatny samochód. Prawo tutaj na to zezwala, tylko trzeba opisać w książce kilometry, które nabiję na liczniku używając ciągnika 'nie do pracy'. Całkiem fajne rozwiązanie, człowiek mniej się czuje więźniem w trasie.
Korzystając więc z wolnego czasu, odpowiem dziś na jedno z pytań, które zadajecie mi na blogu, przez maile oraz w komentarzach pod filmami Youtube.
Kwestia wyżywenia. Od prawie już roku zmieniłem moją dietę w taki sposób żeby wyeliminować z niej całkowicie mięso. Była to długo przemyślana decyzja, którą próbowałem wprowadzić w życie już trzy razy. Mam cichą nadzieję że tym razem wytrwam w postanowieniu do końca. Żeby nie przytyć w trasie, jedzenie lub nie jedzenia mięsa zresztą nie ma nic do rzeczy. Podstawa to jakość jedzenia jakie spożywamy. Najlepiej brać je ze sobą z domu i jak najrzadziej korzystać z usług restauracji przy drodze gdzie jakość często jest wątpliwa. Dobrze jest też jeść często ale małe porcje. Żywności przetworzonej, z różnymi przemysłowymi konserwantami i ogromną ilością soli, też staram się unikać (puszki, konserwy, zupki w torebkach). Spożywanie pieczywa odgrywa swoją rolę i jem go bardzo mało, przeważnie tylko na śniadanie. Unikam również napojów gazowanych. To największa trucizna jaką chyba człowiek wymyślił. Zawierają one w sobie ogromną ilość cukru, a te niby wersje 'light' mają jeszce więcej chemii, która niewiadomo jaki ma wpływ na organizm. Najlepiej jest pić wodę, lub soki, które mieszam z wodą bo niestety one również mają przesadną ilość cukru. Najczęściej w trasę biorę dobry zapas sera, parę jajek, orzechy (nie ziemne) jakieś owoce i oczywiście warzywa. Uwielbiam jeść pieczywo z warzywami. Do tego wszystkiego trzeba dodać troszeczkę wysiłku fizycznego. Wiem że w trasie nie zawsze jest na to czas oraz chęci, ale przynajmniej dwa razy w tygodniu trzeba się spiąć i albo trochę pobiegać a jak nie ma się do tego warunków można bardzo łatwo zrobić sobie intensywny trening przy aucie. Ostatnio właśnie to mi się spodobało (dzięki mojemu kumplowi z Polski, który mi to pokazał) : 100 przysiadów, 50 pompek, 50 wskoków na stopień i 10 razy sprint po 500 metrów każdy. Ciało dostaje taki wycisk że szok i trwa to tylko góra 15 minut. Gdy jestem w domu, za każdym razem staram się chodzić na basen bo uwielbiam pływać. Mimo tych wszytkich zasad, które stosuję dość liberalnie, bo jestem tylko człowiekiem, moje ciało i tak nie wygląda tak jakbym chciał. Sądzę że to wina mojej słabości do dobrego piwa i chipsów, z którymi walczę nieustannie :D.
I tak czas sobie leci. Jest już niedziela i sądzę że jutro w końcu coś dla mnie znajdą żebym mógł się stąd ruszyć. Wczoraj byłem się przejść do sklepu, jakieś 2 kilometry. Musiałem stanowić dziwny widok na ulicach tego miasteczka, bo byłem jedynym pieszym na ulicy. Czułem na sobie wzrok i tak jakbym czytał w myślach kierowców samochodów: co ten koleś tutaj wyprawia? W Stanach wszystko odbywa się samochodem. Jeździ tutaj tyle pick upów z silnikami V8 o pojemności 5.0L że aż strach pomyśleć ile to wszystko razem wzięte spala benzyny w jeden dzień. Ogromne maszyny żeby przewozić najczęściej jedną osobę parę kilometrów do pracy lub do sklepu. Cóż za strata enrgii ale jak to się tutaj mówi: it's the american way.
Odpowiedzi na kolejne pytania w następnym wolnym czasie w trasie :)
niedziela, 2 października 2011
czwartek, 29 września 2011
Praca czyli jazda z przyjemnością.
Muszę przyznać że troszeczkę odwykłem od tutejszego trybu pracy. Zostało mi parę nawyków z Europy . Przez pierwsze dni, gdy mijały trzy godziny jazdy, moje oczy czasami unosiły się do góry i mimo woli szukały tachografu żeby sprawdzić ile jeszcze mogę jechać przed obowiązkową pauzą. Tutaj można jechać ile wlezie bez żadnej przerwy. Jeśli się to kierowcy podoba może machnąć na raz 13 godzin w Kanadzie a w Stanach 11. Kiedyś tak robiłem i po takim czymś wysiadając nogi miałem jak z waty. Teraz już raczej tego nie robię choć czasami lubi mi odbić. Jadąc na tak dalekie wyprawy z odrobiną dyspypliny można dość łatwo zarządzać swoim czasem i bez większego przesadzania robić sobie małe przerwy, które i tak nie mają większego wpływu na przebieg całej podróży. 30 minut w tą stronę czy w drugą nie sprawia wielkiej różnicy.
Na zdjęciu obok moje Volvo podczas załadunku oraz na Wasze zamówienie parę zdjęć wnętrza. Jest dwu letnie a na liczniku ma już nabite 900 tyś kilometrów. Normalka. Podwójna obsada pewnie na nim cały czas ćwiczyła Kalifornię a taki kursik to minimum 10 tyś km w tydzień lub szybciej. Autko jest w bardzo dobrym stanie, jeszcze nie jest rozklekotane i w środku nawet całkiem czyste i nie zniszczone. Trochę się zadomowiłem ale nie do końca bo najprawdopodobniej będę musiał go oddać jakiemuś teamowi. W końcu po dwóch latach ciągnik nie jest jeszcze spłacony więc podwójna obsada będzie robiła dużo więcej kilometrów niż ja sam. Dlatego więc nie przyzwyczajam się zbytnio choć szczerze powiem cholernie mi to Volvo pasuje :D. Jest mniejsze od tego poprzedniego w LEGER. Różnica jest taka że nie ma okien na dole, salonik jest ciut krószy i ciut węższy. Ale i tak jest zajefajne rozwiązanie ze stolikiem i siedzeniami. Najbardziej brakuje mi dolnych okien, bo przy upałach można je uchylić i zrobić fajny przeciąg. Jestem kategorycznym przeciwnikiem zostawiania silnika na chodzie.
Wracając do pierwszej wyprawy. Jak narazie nie mogę narzekać na firmę. Wręcz przeciwnie, jestem zadowolony. Moje pierwsze trzy zrzutki na tym kontynencie odbyły się bezbłednie, pierwsza w poniedziałek a pozostałe dwie we wtorek w Edmonton. Później szybki telefon do biura w Montrealu i dziesięć minut później dostałem info o moim załadunku drogą mailową. Załadunek dosłownie 20 km dalej i gotowy już od razu. Wyśmienicie! Z Edmonton załadowałem całą naczepę nawozu, która szła do Oregonu. I tutaj drugi powód do uciechy. Droga, którą przyszło mi jechać należała do tych przeze mnie jeszcze nie zdobytych! Do tego same drugorzędne: czysty rarytas. Z Edmonton kierowałem się na południe Alberty i za Calgary odbiłem ciut na zachód w stronę gór skalistych. Im bliżej nich tym piękniej i ciekawiej. I tak już na samym południu skręciłem w dolinę, która później zmieniła się wąwóz. Nawet nie zdążyłem się skapnąć że siedziałem już za kółkiem non stop siedem godzin i zmęczenie poczułem dopiero wtedy gdy zaciągnąłęm hamulce i poszedłem do kuszetki. Najwyraźniej widoki stłumiły wszystkie inne zmysły zostawiając tylko dwa aktywne: przyjemność z jazdy i upajanie się pięknem widoków przede mną. Dzisiejszy dzień czyli środa był bardzo podobny. Czysta jazda i minimalny stres na początku dnia związany z przekraczaniem granicy amrykańskiej po raz pierwszy od roku. Niby to nic takiego ale zawsze jakieś małe uczucie trwogi czy tremy. Nie wiem po prostu tak mam. Celnicy amerykańscy nie należą do rasy bardzo miłych istot i styl oraz ich pytania czasami mogą wprowadzić człowieka w stan niepewności. Dzisiejsza odprawa trwała dokładnie 3 minutki, standardowe pytania i nic poza tym. A później przebijanie się do Oregonu przez Idaho i Washington. To ostatnie zdjęcie to jazda I84 wzdłuż ogromnej rzeki Columbia. Pierwsze dwa: południe Alberty wczoraj po południu.Jutro zostaje mi tylko zrzucić towar w Hillsboro,OR (niedaleko Portlandu) i najprawdopodobniej dostanę 24 godziny spokoju bo muszę sobie zresetować cykl pracy. Taka czynność wymaga aż 36 godzin, więć dodając 14h, które spędze dzisiaj pod firmą plus 24 zrobi tak że już w piątek rano będę gotowy na załadunek i heja! Do Montrealu!
Póki co jestem zadowolony i z pracy i z firmy.
poniedziałek, 26 września 2011
Prosto w nurt jazdy.
Początek nie mógł być lepszy żeby przypomnieć sobie tutejszą rzeczywistość. Tu czy w Europie wszystko spoczywa na barkach kierowcy. Pewne rzeczy trudno jest zmienić. Mimo wszystko cały czas czerpię ogromną przyjemność z jazdy po bezdrożach Kanady.

Piątek poszedł dość szybko. We dwóch, zawsze wszystko inaczej leci. Rozmowa na radio CB oszukuje czas i zmęczenie. Wyjazd z Montrealu był zadziwiająco szybki. Szybkie zatankowanie ciągników (przypominam że jadę z Allanem) i rura siedem godzin jazdy non stop. Do łóżka położyłem się o 2am, na krótkie regenerujące 5 godzin snu. Skrócenie pauzy i oszukanie książki w której zapisuję czas pracy było dobrze przemyślane. Według mnie lepiej jest spać w nocy i jechać w dzień. Mógłbym przerwacać się w łóżku do godziny dwunastej, co nie znaczyłoby że byłbym bardziej wypoczęty. Bo i tak okazało się że czasu na dojazd do Calgary jest jeszcze więcej niż myślałem: przed wyjazdem już w firmie poinformowano mnie że mam do 4 PM czasu lokalnego w Calgary żeby wykonać pierwszą dostawę.
Północne Ontario potrafi dostarczyć dobrą dawkę spokoju. Puste drogi i piękne krajobrazy robią swoje. W ogóle nie przyszkadza mi że nie ma dwóch pasów w każdą stronę. Co jakiś czas jest dodatkowy pas do wyprzedznia innych, wolniejszych użytkowników a zresztą ruch tutaj jest naprawdę mały. Tu i ówdzie miasteczko większe lub mniejsze przypomina mi że tutaj też mieszkają jacyś ludzie. Ograniczenie prędkości na takiej drodze to 90 km/h ale tutejsza policja toleruje aż do 110 km/h. Tak więc sunąć cały czas 105 na godzinę między miastami, mimo regularnie napotykanych patroli policyjnych (OPP - Ontario Provincional Police) nie jest niczym nadzwyczajnym. Większość ludzi żyjących w metropoliach nie zdaje sobie sprawy z piękna naszej ziemi oglądajać tylko takie widoki w telewizji lub na zdjęciach. Jeżdżąc tutaj pozwala mi odczuć że jeszcze są miejsca gdzie człowiek i jego beznadziejne wynalazki nie zniszczyły piękna, ciszy i spokoju.
Prerie standardowo: nudy. Prosta i płaska droga ale nie autostrada. Natężenie ruchu nie uzasadniło wybudowania wiaduktów więc mamy drogę czteropasmową przypominającą autostradę. Jadąc na zachód, gdy pogoda jest bezchmurna, co wieczór gonię zachodzącę słońce. Widok jest piękny choć wywołuje on we mnie uczucie smutku: gonić coś czego nie można dogonić.
Trzy dni jazdy i oto jestem już w mieści Swift Current w Saskatchewan jakieś 500 km od pierwszej dostawy. Mam zamiar tam jutro dotrzeć do południa. W sumie wykluczając pierwszy dzień to stawaliśmy zawsze po zachodzie słońca i spaliśmy aż do rana. Małe podsumowanie:
Piątek: 7h jazdy 5h snu
Sobota: 12h jazdy 10 godzin odpoczynku
Niedziela: 13h jazdy i teraz idę spać aż do ósmej rano. Dobranoc :)
P.S. Aktualne zdjęcie Allana przy moim 'tymczasowym' Volvo. Poznajcie go jeszcze raz: you ask for it, you got it.

Skorzystałem z jego obecności i mi też walnął fotę! Z reguły nie ma kto mi jej zrobić :D

Piątek poszedł dość szybko. We dwóch, zawsze wszystko inaczej leci. Rozmowa na radio CB oszukuje czas i zmęczenie. Wyjazd z Montrealu był zadziwiająco szybki. Szybkie zatankowanie ciągników (przypominam że jadę z Allanem) i rura siedem godzin jazdy non stop. Do łóżka położyłem się o 2am, na krótkie regenerujące 5 godzin snu. Skrócenie pauzy i oszukanie książki w której zapisuję czas pracy było dobrze przemyślane. Według mnie lepiej jest spać w nocy i jechać w dzień. Mógłbym przerwacać się w łóżku do godziny dwunastej, co nie znaczyłoby że byłbym bardziej wypoczęty. Bo i tak okazało się że czasu na dojazd do Calgary jest jeszcze więcej niż myślałem: przed wyjazdem już w firmie poinformowano mnie że mam do 4 PM czasu lokalnego w Calgary żeby wykonać pierwszą dostawę.
Północne Ontario potrafi dostarczyć dobrą dawkę spokoju. Puste drogi i piękne krajobrazy robią swoje. W ogóle nie przyszkadza mi że nie ma dwóch pasów w każdą stronę. Co jakiś czas jest dodatkowy pas do wyprzedznia innych, wolniejszych użytkowników a zresztą ruch tutaj jest naprawdę mały. Tu i ówdzie miasteczko większe lub mniejsze przypomina mi że tutaj też mieszkają jacyś ludzie. Ograniczenie prędkości na takiej drodze to 90 km/h ale tutejsza policja toleruje aż do 110 km/h. Tak więc sunąć cały czas 105 na godzinę między miastami, mimo regularnie napotykanych patroli policyjnych (OPP - Ontario Provincional Police) nie jest niczym nadzwyczajnym. Większość ludzi żyjących w metropoliach nie zdaje sobie sprawy z piękna naszej ziemi oglądajać tylko takie widoki w telewizji lub na zdjęciach. Jeżdżąc tutaj pozwala mi odczuć że jeszcze są miejsca gdzie człowiek i jego beznadziejne wynalazki nie zniszczyły piękna, ciszy i spokoju.Prerie standardowo: nudy. Prosta i płaska droga ale nie autostrada. Natężenie ruchu nie uzasadniło wybudowania wiaduktów więc mamy drogę czteropasmową przypominającą autostradę. Jadąc na zachód, gdy pogoda jest bezchmurna, co wieczór gonię zachodzącę słońce. Widok jest piękny choć wywołuje on we mnie uczucie smutku: gonić coś czego nie można dogonić.
Trzy dni jazdy i oto jestem już w mieści Swift Current w Saskatchewan jakieś 500 km od pierwszej dostawy. Mam zamiar tam jutro dotrzeć do południa. W sumie wykluczając pierwszy dzień to stawaliśmy zawsze po zachodzie słońca i spaliśmy aż do rana. Małe podsumowanie:
Piątek: 7h jazdy 5h snu
Sobota: 12h jazdy 10 godzin odpoczynku
Niedziela: 13h jazdy i teraz idę spać aż do ósmej rano. Dobranoc :)
P.S. Aktualne zdjęcie Allana przy moim 'tymczasowym' Volvo. Poznajcie go jeszcze raz: you ask for it, you got it.

Skorzystałem z jego obecności i mi też walnął fotę! Z reguły nie ma kto mi jej zrobić :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)




