piątek, 30 grudnia 2011

Jechać czy nie jechać.

Nie jechać. Tak powiedział mi rozsądek.O co chodzi? O czas pracy. Zasady tego ostatniego w Kanadzie i USA są ciut inne ale to co teraz potrzebujecie wiedzieć to że nie mogę mieć więcej niż 70 godzin  jazdy i pracy w ostatnich ośmiu dniach (w Kanadzie siedmiu). Do pracy zaliczamy codzienny przegląd auta, tankowanie paliwa oraz czas spędzony na rampie itd itp. Od zaczęcia trasy nabiłem już 65 godzin wszyskich czynności w zaledwie 6 dni. Więc jedyną opcję jaką mam to zrobić pauzę 36h żeby zresetować cykl pracy i od nowa mieć 70 godzin pracy. Jest jeszcze inny wariant ale w tym przypadku nie opłacalny, bo mógłbym wykorzystać 5 godzin, które mi zostały w dwa następne dni i wtedy już bym miał normlanie godziny do jazdy stosując zasadę 70 godzin w 8 dni. Więc pauza 36 godzinna jest najszybszym rozwiązaniem, żeby wrócić do domu.

Więc skąd to jechać czy nie jechać? Otóż używając książki jako instrumentu do zapisywania czasu pracy jest możliwość bajerowania i totalnej ściemy. Oczywiście trzeba to robić z głową i rozsądkiem. Z reguły gdy są kontrole przez tutejsze ITD (DOT) przede wszystkim patrzą oni czy strony są wypełnione schludnie i czytelnie. Następnie szybko zerkają na kilometry zrobione dziennie i na godziny jazdy. Gdy napiszesz w takiej książce że przejechałeś 1000 km w 8 godzin, zaczynają się podejrzenia gdyż większość kanadyjskich trucków jest pozamykana na 105km/h. Również gdy wszystkie Twoje dostawy są o dziwnych porach dnia i cały czas trwają tylko 15 minut i są wykonywane tylko i wyłącznie w nocy może to zbudzić podejrzenia władz. Wtedy zaczyna się bardziej dokładne trzepanko. Inspekcja prosi o rachunki za tankowanie, za mosty oraz za przekraczanie granic (kanadyjski truck gdy wjeżdża do USA płaci 10.75USD lub abonament roczny za 1000USD). Na każdym takim rachunku jest data i czasami godzina. Stacje paliw, wiedzą o całym kłamstwie jakim jest czas pracy i w pewnym sensie idą kierowcom na rękę i na ich rachunkach z reguły nigdy nie ma godziny. Wtedy więc można ulokować tankowanie o godzinie, która nam pasuje i skutecznie cofnąć książkę aż do 24 godzin. Na dokumentach przewozowcyh też nie zawsze jest data i godzina dostawy lub załadunku więc to też daje pole do manewru żeby wypełniać czas pracy z dużą dawki wyobraźni.

Podam Wam przykład z mojego tygodnia. Najpierw to co było naprawdę: Dojechałem w miejsce mojej dostawy w Abbotsford,BC już w poniedziałek wieczorem. Dostawę wykonałem we wtorek rano. Na dokumencie przewozowym klient zostawił tylko podpis bez daty, robiąc mi przy okazji duże oczko. Następnie kazano mi jechać do USA na pusto i czekać na zlecenie do środy rano. Na granicy celnik zapomniał pobrać ode mnie opłaty i nie mam żadnego rachunku z granicy. Zacząłem ładować dopiero w środę wieczorem jakieś 400km od miejsca ostatniego rozładunku w Kanadzie. Nie zgubiłem Was jeszcze? Teoretycznie od poniedziałku wieczorem miałem dużo wolnego czasu bo 12 godzin w poniedziałek, wtorek i środę. Ale nigdy nie były po kolei.

Co mógłbym zrobić? Skłamać i napisać w książce że od poniedziałku nie ruszałem się i kręciłem 36 godzin pauzy pod firmą w której rozładowałem na niby w poniedziałek wieczorem. Później ruszyłbym czas pracy o dość wczesnej porze w środę i podjechał na miejsce załadunku doganiając już rzeczywistość. Podrobiony czas pracy zrównał by się wtedy z teraźniejszością bo faktycznie odpoczywałem bardzo często ale nigdy po kolei.  A musiał by się zrównać w tym momencie bo na chłodniach bardzo często jak się ładuje warzywa lub owoce spedycje wpisują godziny załadunku bo jeśli są one za długie, przewoźnicy mają prawo obciążać klientów. Dlatego tak czy siak na załadunku wszystko by mi się bardzo pięknie zgadzało. Ten cały manewr, który nazywam skondensowaniem wolnego czasu zgadzał by mi się na papierze gdyż nie miałem żadnego śladu między poniedziałkiem wieczór a środą rano.  Żeby jeszcze upiększyć sprawę mogłem wpisać że zamiast robić dostawę w poniedziałek (było to mało realne bo były święta i wszystkie firmy były pozamykane) zostawiłem naczepę pod rampą w poniedziałek wieczorem i podczepiłem się pod nią z powrotem w środę rano. A pod tą firmą jest taka możliwość. Więc prosto po załadunku miałbym całe 70 godzin czasu pracy i mógłbym wracać do Montrealu.

Dlaczego tego nie zrobiłem? Dlaczego zrezygnowałem z 'podciągnięcia' książki, szybszego powrotu do domu i postanowiłem wykręcić prawdziwe uczciwe 36 godzin jak powinno być, mimo tego obijania się od poniedziałku? Do domu mi się nie śpieszy, po drugie przekroczyłem granicę, a po trzecie przejechałem przez otwartą wagę w Waszyngtonie we wotrek. Teraz kontrole władz coraz bardziej wyostrzyły się i w niektórych stanach rejestracje ciągników są fotografowane i zapisywane z datą i godziną przejazdu. Do tego ITD ma dojście do informacji u Amerykańskich celników i ci równiez mają zarejestrowaną datę i godzinę przejazdu każdego składu, co więcej nawet rejestrują ile czasu spędził na granicy więc co z tego że nie mam rachunku. Nie jestem pewny czy między wszystkimi stanami wymieniają się danymi ale coś mi mówi że między niektórymi tak. Wywnioskowałem to gdy dostałem pierwszy raz w życiu mandat w Minesocie, skracając sobie czas snu o dwie godziny. Oficer pokazał mi na komputerze wszystkie czasy przejazdu przez każdą wagę na I90 od Waszyngtonu aż do Minesoty. Od razu mnie namierzył że coś tu nie teges.

Teraz mogłem jechać z przerobioną książką bo prawdopodobnie nikt by mnie nie namierzył. W święta większość wag jest pozamykana a nawet jakbym trafił na jakąś kontrolę, książka moja na pierwszy rzut oka nie wyglądałaby na strasznie naciągnięta i nierealną i prawdopodobnie by przeszła nie budząc większych podejrzeń. Oficer prawdopodbnie by nie podjął decyzji wydzwaniania na różne spedycje żeby sprawdzić czas załadunków. Jako ostatnią ciekawostkę to wszystkie dokumenty na koniec podróży zdaję firmie i musi ona je trzymać przez sześć miesięcy. ITD może również zrobić kontrolę czasu pracy w siedzibie firmy a na drodze tylko czternaście dni wstecz w Kanadzie, osiem w USA.

Jest jeden ważny powód, który przemówił mi do rozsądku.
Gdybym miał wypadek, lub uczestniczył w wypadku, nawet nie z mojej winy, śmiertelnym lub z rannymi, moja kariera kierowcy na tym kontynencie prawdopodbnie by się skończyła. Najlepiej ogromną grzywną, a w gorszym przypadku w więzieniu lub nawet pętlą na szyi w niektórych stanach. Pewnie że nie mam zamiaru uczestniczyć w żadnym wypadku ale na drodze zawsze istnieje ryzyko. Wystarczy parę ułamków sekundy. Tutaj się nie patyczkują. Prawo jest takie że ze względu na to że oszukiwałeś książkę nie powinieneś znajdywać się w danym miejscu w danej chwili i gdyby Ciebie tutaj nie było wypadku by nie było. Nie ważne czyja wina. Takie jest prawo. W Europie chyba zresztą też. I gdy taki wypadek ma miejsce adwokaci sprawdzają wszystko co się tylko da. Wyciągi rozmów komórkowych, transakcje kart kredytowych, przekraczanie granicy, tankowanie paliwa. Ten głupi rachunek bez godziny nic nie znaczy bo w systemie gdzieś tam jest to rejestrowane więc jak się ma nakaz sądowy to można to odkopać.

Także kierowco, zanim założysz magnes, lub wyrzucisz tarczkę przez okno pomyśl dwa razy. Czy te parę godzin lub tej trochę kasy więcej jest warte tego ryzyka. Wiem, czasami chce się szybciej wrócić do domu żeby być z rodziną, dojechać tam gdzie chce się dojechać ale to nie jest sposób. Ten czas pracy w Europie i tutaj w USA jest czasami do dna i to jego trzeba zmienić żeby kierowca był mniej więźniem kabiny i mógł lepiej zarządzać swoim czasem nie zawsze martwiąc się o tacho. Ale to naszym fachowcom w krawatach ciężko wytłumaczyć. Oni żyją w innej rzeczywistości niż ta, która jest za kółkiem na codzień.

Dlatego kręcę pauzę 36h i jutro ruszę spokojnie dalej. To tylko 36 godzin. Po długich weekendowaniach w Europie minimum 45h a czasami i 60h to pikuś. Prince trochę marudził, bo ładunek jest na poniedziałek rano a ja dojadę tylko w poniedziałek wieczorem. Nie mogą mnie zmusić do nielegalnej jazdy mogą tylko wywierać presję. Niech się pocałują. Nie moja wina że źle sobie zaplanowali pracę.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Podsumowanie roku.

Dziś będzie 365 dni od momentu założenia bloga. Poczytałem sobie trochę pierwszych wpisów i powiedzmy że dużo się zmieniły w miarę jak zaczynałem nowe etapy w tym roku. Nigdy nie sądziłem że odniosę aż taki ogromny, jak dla mnie, sukces. Jest Was między 1000 a 1300 osób dziennie odwiedzających ten blog, z różych części Polski a nawet i świata, co powoduje między 2000 a 3000 wejść na stronę dziennie. Z tego około 10% jest całkowicie nowych użytkowników. Dzięki wujku Google za przyrządy analityczno - statystyczne. Słowem mówiąc myślałem że jak się wypiszę i zacznę być monotonny, oglądalność będzie stopniowo spadać bo ile do diabła można wciąż czytać o tym samym, nie? Ale jak na razie mylę się. Tak naprawdę to bardzo sceptycznie podchodziłem do otwierania tego bloga ale uległem wielokrotnym prośbom napływających od użytkowników z YT. Co będzie dalej, jeszcze nie wiem i z niczym się nie śpieszę. Narodził mi się jednak cel, który już wcześniej błąkał się w mojej wyobraźni ale teraz nabrał konkretnego kształtu. Chcę przyczynić się do tego żeby w Polsce społeczeństwo podchodziło do tego zawodu ianczej niż dotychczas. Zdaję sobię sprawę że nie będzie to łatwe, bo stereotyp kierowcy mordercy lub kierowcy myślącym tylko o panienkach i łatwej przyjemności jest bardzo zakorzeniony w polskich głowach a szczególnie w mediach szukających sensacji. Cieszy mnie więc to że wywołuję pewne zainteresowanie moimi przygodami i częściowo moim życiem. Zapewniam Was jest więcej kierowców takich jak ja. To tylko zawód, który można wykonywać z pasją i nie trzeba koniecznie śmierdzieć i myśleć tylko jak ukraść paliwo albo wypić piwo żeby być prawidziwym kierowcą 'TIR'a. Jak każdy zawód ten również wymaga dużej dawki odpowiedzialności. Cieszy mnie że powstają blogi innych kierowców. Zapraszam Was do zaglądania na nie również. Linki są z boku. Razem pokażemy Polsce co potrafimy :).

Więc. Rok temu o tej porze wahałem się co do mojej przyszłości. Wybrałem Europę na początku roku, czego wcale nie żałuję. Zwiedziłem parę nowych krajów ciężarówką, między innymi Szwecję i Anglię. Nabyłem większego doświadczenia na temat całej szoferki w Europie i mogę szczerze powiedzieć że tesknię. Wiem że to chore ale cóż mam zrobić, taką mam moją wewnętrzną naturę. Często gdy jadę tutaj w Kanadzie późnym wieczorem lub nocą, puszczam sobie radia z różnych części Europy, do których witałem. Słucham jak się budzi stary kontynent. Najczęściej puszczam naszą Jedynkę i France Inter z Francji. Po wiadomościach, z nostalgią wyobrażam sobie korkujące się drogi na wjeździe do Warszawy lub Paryża.

Później zrobiłem sobie wakacje i zjechałem całą Skandynawię. Bardzo pamiętny wyjazd, który też nie wiem skąd mi przyszedł do głowy. Ze mną tak jest. Nigdy nie wiadomo co i jak :D. Chciałem jeszcze pojechać do Grecji lub Maroka, ale czas i inne okoliczności sprawiły że przełożyłem to na później. Pod względem podróży muszę przyznać że ten rok wyszedł mi nawet nieźle!

We wrześniu po wyjeździe za wielką wodę wróciłem do dobrze znanej mi rutyny oraz wolności jaką dostarcza tutejszy trucking. Ale ta wolność ma cenę czasu, który ucieka nieubłagalnie. Czuje się cały czas nowy w Prince, a już minęły dobre trzy miesiące jak tu jeżdżę.

I przez cały rok, ku mojemu zdziwieniu, stworzyłem rekordowo dużą ilość filmów w których mówie! Nawet nie wiecie jaką frajdę sprawia mi montowanie tych filmów. Zresztą pisanie postów też. Często robię to z uśmiechem na twarzy. Gorzej jest z zabraniem się do ich tworzenia ale to już inna historia. Nie zapomnijcie że praca kierowcy jest wymagająca a ja mimo pracowitości w pracy mam wrodzone lenistwo w domu.

Sądzę że kończący się rok wypadł mi całkiem nieźle. Zobaczymy czy ten blog przetrwa następny.
Życzę więc Wam czytelnikom wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, spełnienia najskrytszych marzeń (ja też mam takie jedno) i czego tylko zapragniecie.

Rafał Z. Polski Kierowca Ciężarówki za Granicą.

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych Świąt!

Właśnie kończe przygotowania do wyjazdu, za jakieś 40 minut wychodzę z domu i wrócę tutaj dopiero w nowym roku. Chciałem Wam podziękować za życzenia napływające do mnie  na maila oraz innymi kanałami jak FB lub poprzez komentarze na YT.

Chcę się odwzajemnić i również życzyć Wam wesołych i pogodnych świąt. Życzę wszystkim spełnienia marzeń jakie one by nie były, Według mnie mieć marzenia to najlepszy dowód że jesteśmy pełni życia.

Pozdrawiam wszyskich kierowców, którzy spędzą święta w trasie!

środa, 21 grudnia 2011

Odcinek 27.

Nareszcie. Udało mi się go skleić. Uwielbiam technologię ale czasami robi mi takie figle że zastanawiam się czy to nie walka z wiatrakami. W tej trasie zapomniałem ładowarki do kamery i niektóre urywki filmów nagrywałem telefonem. Co najciekawsze to w telefoeni mam lepszą kamerę ale produkuje filmy w formacie quick time. Windows Movie Maker tego nie lubi i musiałem napierw przetwarzać pliki zanim mogłem nad nimi pracować. Na samym końcu okazało się że jest problem z kodekami i nie mogłem wydobyć pliku końcowego do wrzucenia na YouTube. MASAKRA. Sądze że najwyższy czas zmienić program do klejenia filmów, bo praca z Movie Makerem potrafi mnie wyprowadzić z równowagi. Cholernie się do tego programu przyzwyczailem ale będę musiał się sprężyć i się unowocześnić. Jakość tego filmu nie jest najlepsza, ale to najlepszy wynik jaki udało mi sie uzyskać. Może w nowym roku zainwestuję w kamerę HD :D.

Enjoy!

wtorek, 20 grudnia 2011

Rafał jest zmęczony.

Wróciłem do domu. Tym razem skorzystam z luksusu i biorę ciut więcej wolnego niż normalnie bo aż trzy dni. Mógłbym więcej ale mam plan na jeszcze innym poziomie (długie wakacje latem), którego się trzymam więc dyscyplina musi być! Auto krytyka: sądzę że za dużo planuję! Chyba wpadłem w szał planowania więc mały odlot od jazdy w domu nie pójdzie na marne.

Jak zwykle wróciłem na czas i według planu ustalonego wcześniej. Gdy rzeczy, na które nie mam wpływu, nie nawalają, wtedy prawie zawsze udaje mi się dopiąć celu. Mam ogromne poczucie satysfakcji gdy pokonuje ostatnie kilometry trasy. Myślę sobie wtedy: ile to ja drogi mam za sobą. Gdyby ludzie wiedzieli przez jakie krajobrazy przewożę ich warzywa lub owoce, chyba inaczej przyglądali by im się w sklepie, zanim wsadzą je do koszyka.

Tak na marginesie to zawsze staję w sklepie Metro (bo mam go pod nosem) jak wracam z pracy. Kupuję sobie coś na wieczór. Przechodząc obok działu warzyw i owoców mój wzrok zatrzymuję mimo woli na jabłkach. Żywy zielony kolor i idealny kształt. A więc to tak wyglądają jak wypakują je z pudełek. Nawet się błyszczą! I mogą tak leżeć parę dni, nie w lodówce. No nieeeeeeeee. Wybaczcie mi, uczestniczę w tej całej farsie jaką jest nieustanna konsumpcja, ciągle więcej i ciągle od nowa. Targam różne produkty przez cały kontynent ale tych jabłek nie polecam. Po prostu czuję że to nie jest naturalne.

Taaaaaa. Parę dni wolnego zrobi mi dobrze. Odpocznę sobie od trybu "w trasie" i w końcu, gdy zregeneruję siły zajmę się Wami. Nie jest łatwym zrobić ponad tysiąc km dziennie parę dni pod rząd, wyspać się i jeszcze coś naskrobać na blogu żeby miało sens i było wierne mojemu stylu. A tak w ogóle czy ja mam jakiś styl? Piszę to co myślę w danej chwili. W przeciwieństwie do Europy, gdzie rytm pracy ostatnio również nabrał ciśnienia, tutaj kilometry nabija się bez litości. W tym miesiącu według moich obliczeń trzasnę ich około 25 tysięcy. Są ludzie, którzy samochdem, tyle nie robią przez rok! Dlatego zrobiłem stronę na fejsie, dlatego czasmi piszę dziwne myśli na Twiterze bo nie zawsze mogę usiąść i napisać rzetelnego posta. Już nie wspomne o filmach. Koncepcje na posty i filmy mam, ale po prostu, ta praca niby siedząca jest męcząca i wymaga dużego poziomu wyobraźni a przede wszyskim organizacji. Do ostatniego wyjazdu przygotowałem się w dwie godziny co też jest niezłym wyzwaniem: przygotwać się na 10 dni podróży w dwie godziny.

Dostaję sporo listów z pytaniem kiedy następny film, czemu na blogu tak cicho itd itp. Dzięki również za sugestie! Wszystkie ciekawe pomysły notuję. I odpowiadam na to wszystko tak:

Jestem w domu. Odpocznę i wezmę się do pracy i będzie minimum jeden filmik oraz post. Później znów ruszę w trasę. W tym roku Święta i Nowy rok za kółkiem. Już drugi raz w ostatnich czterech latach, ale bez obaw. To mój wybór.

środa, 14 grudnia 2011

Góry Skaliste w trybie zimowym.

Znów British Columbia. Wiem, wiem. Łamię zasadę. I łamię ją już trzeci raz. Nie lubię się powtarzać, to też już powtarzałem nie raz. To moja zasada na tym blogu ale cóż, nie ma zasady bez wyjątków. Skończmy mowę o maśle maślanym i przejdźmy do rzeczy.
Trzeci raz w tym roku przejeżdżam te potężne góry i za każdym razem mam inne przedstawienie. Z tego co mi wiadomo to w Polsce białego pyłku brakuje. Zamiast wysłać go Wam w słoiku pod choinkę, podzielę się zdjęciami, które napstrykałem wczoraj. Śnieg, lód wiatr i skały. Bosko. Zbliżając się do gór, silny wiatr, przy temperaturze minusowej (u stóp -9 a wyżej -18), dość szybko powoduje że sól lub piasek sypany na nawierzchni przestaje działać.
Ciepło wytwarzane tarciem opon samochodów i ciężarówek poruszających się po tej nawierzchni, może czasami utworzyć niewidzialną lub ledwo co dostrzegalną warstwę. Dlatego bardzo uważnie przyglądam się nawierzchni. Z tym nie ma żartów. Szczególnie na zakrętach. Gdy skład jest ciężki i nie ma większego ruchu, to małe piwo.
Wystarczy utrzymywać odpowiednią prędkość na zakrętach, żeby skład nie był nastawiony na nagłe zmiany sił. Ma delikatnie i płynnie kołysać się z boku na bok, tak jak tancerz na lodzie na łyżwach. Gdy ruch jest większy i uczestniczą w nim inni użytkownicy nie ma miejsca na te fantazje. Trzeba jechać prewencyjnie i tyle. Trzeba zwolnić i cały czas myśleć o tym że pojazd przed nami w każdej chwili może wpaść w niekontrolowany poślizg i stanąc dęba.
Wyżej, było zimniej. -18, ale bez wiatru. Nic nie poczułem gdy wyszedłem z ciepłej kabiny robić zdjęcia. Nie zwracałem nawet uwagi na klekotanie silnika, którego zostawiłem na chodzie na parę minut postoju. Słyszałem tylko szum wiatru na wierzchołkach, przetwarzający się w cichy szept w dolinie. Byłem zaczarowany widokiem oraz spokojem panującym dookoła mnie. Mógłbym to kontemplować w nieskończoność.
Niedziwiadek Grizzly gdzieś tu chrapie. Serio, pewnego poranka wiosną, widziałem z daleka tego olbrzyma. Był paręset metrów niżej na torach kolejowych ale i tak wyglądał na dużego. Gdyby tak mi wyszedł na drogę przypuszczam że bym zwątpił. Przecież karoseria trucka jest tylko z plastiku i co z tego że mam kratownicę na masce.
 Widoki niepowtarzalne. Na tym kończę pisanie i zapraszam do kontemplowania zdjęć.
 Zjazd w dolinę za granicą AB/BC (Alberta/British Columbia)

 W dolinie. Po lewej jest jezioro, rzeka. Woda nie zamarza i przy tej temperaturze nieźle się kondensuje powodując mgłę.
 Zjazd do Golden,BC
Komunikaty o drodze w Golden,BC
 Zima,
 groźne góry,
piękne góry,
Boskie góry!

czwartek, 8 grudnia 2011

Montana.

To piękny stan. Zresztą jak każdy stan czy prowincja na zachodzie Północnej Ameryki. Jadąc ze wschodu na zachód, lub odwrotnie, to jeden z  najdłuższych odcinków drogi w jednym stanie. Jedynie na I10 w Teksasie możemy uzyskać lepszy wynik, bo aż 1400km, lub jadąc w Kalifornii na I5, korytarzem północ-południe, jakieś 1300km. Zdjęcia mówią same przez siebie. 
Na takim odcinku krajobraz zmienia się dość często i jest rewelacyjnie. Moja wyobraźnia oddycha wtedy całą parą i dostaje świeżą dawkę narkotyku. W moim przypadku jest to przemieszczanie się z punktu A do punktu B dostarczając Wam towar, który zużywacie codziennie. Większość trasy odbywa się wzdłuż rzeki Yellowstowne. Ten szlak nie jest przypadkiem. 
Dwieście lat temu przecierali go pionierzy Lewis i Clark. I cóż bardziej naturalne niż podróżowanie wzdłuż rzeki. Ich wycieczka, która miała jako cel znalezienie drogi do Azji, trwała około dwóch lat: od 1804 do 1805. Teraz pokonuję ten dystans w parę dni. Inne czasy, inna technologia, inny poziom życia. Jadąc ich śladami, często myślę i staram sobie wyobrazić jak to musiało być wtedy. Przecież warunki na drodze, które teraz doświadczam aż tak bardzo się nie zmieniły. 

Sroga zima, uderzająca z nienacka jest na porządku dziennym od października do marca. W tym samym dniu, na odcinku piędziesięciu kilometrów, pogoda potrafiła się zmienić z mroźnej zimy na topniejący śnieg. Nie boję się zmiennej pogody. Wręcz ją uwielbiam. Jazda autostradą jest nudna, ale może nabrać całkiem innych barw gdy warunki atmosferyczne zaczynają swoje przedstawienie. Najważniejszym w takich chwilach jest adaptacja jazdy oraz znajomość swoich możliwości.

Testowałem Volvo spokojnie. Pierwszy raz na śniegu. Mimo że znam dobrzę tę markę, każdy ciągnik, skład zachowuje się inaczej. Załadowany na maksa wiedziałem że z przyczepnością nie będzie problemu ale tego też nie brałem za pewnik. Parę testów na zakrętach, delikatnie próbując hamulce i koła kierujące. Werdykt: to Volvo jest stworzone do jazdy zimą mimo swojego pneumatycznego zawieszenia na przednich kołach. 
Czułem każdy centymetr składu i z każdą próbą nabierałem coraz większego przekonania do maszyny oraz do moich umiętności. Choć nigdy nie ufam tym pewnikom. Maszyna jest maszyną a ja człowiekiem i zawsze mogę coś odwalić. No koniec dodam że Volvo z nową turbinką sprawuje się wyśmienicie. 485 koni mechanicznych nabrało więcej siły i zamiast słuchać muzyki często wsłuchiwałem się w groźny pomruk. Czułem każde jego drgnięcie . To jest jedna z najfajnieszych melodii, która znam :D









piątek, 2 grudnia 2011

Déjà vu.

To samo łóżko tylko inny pokój. Ten sam telewizor i ten sam program. Gadają znów o skandalach związanych ze sceną polityczną. To jeden z ich ulubionych tematów w Ameryce. Znów sączę piwo, tym razem kupiłem sobie inny rodzaj żeby przypomnieć sobie że to nie ten sam wieczór co wczoraj. Tak, znów jestem w motelu.

Było bardzo obiecująco. Siedziałem sobie w pokoiku dla kierowców na serwisie Volva. WIFI za friko, na iPhonie za pomocą streamingu radio publiczne z Montrealu, na laptopie pogawędki z niektórymi z Was na chacie na blogu, co jakiś czas mała aktualizacja na fejsie i czas upływał szybciej niż myślałem. Pogadałem też z Allanem, dzięki naszym telefonom firmowym, które używamy w podobnym stylu jak CB radio na obszarze północnej ameryki za darmo. Allan jest w Salt Lake City w Utah. Też miał przeboje bo w Wyomingu miał zamkniętą drogę i przełożyli mu awizację dostawy na następny dzień. Mówiliśmy o tym że pewnie razem załadujemy jabłka w sobotę i razem ruszymy do Montrealu. Tak, zanosiło się obiecująco, słyszałem nawet ryk silnika mojego Volva, które było testowane przez mechaników gdy skończyli je składać. I tutaj zaczęło się 'déjà vu`.

W tle słyszę spokojny głos osoby prowadzącej rozmowę telefoniczną gdzieś w pokoju obok, do którego są otwarte drzwi. Siedzę zrelaksowany. Moje ucho wyłapuje imię Claude. To imię mojego szefa, Turka pochodzenia włoskiego mieszkającego teraz w Montrealu. Spoko gościu. Gdy pierwszy raz wchodziłem do biura w Prince, nigdy nie pomyślałbym że ten gościu jest właścicielem. Można z nim normalnie pogadać i jest bardzo dostępny jeśli oczywiście nie jest zajęty. Rozmowa trwa chyba z dwie trzy minutki i słyszę końcowe słowa: yeah I'll tell him (tak, zaraz mu powiem) i coś mnie tknęło że mowa o mnie. Błysk w myślach. Już to raz było... Zanim się zorientowałem wchodzi ten sam koleś co wczoraj, patrzy i mówi: mam złą wiadomość.

- Żartujesz, nie?
- Nie, nie żartuję. Złożyliśmy wszystko do kupy, odpaliliśmy silnik i komputer podawał błędne kody od turbo.
- I???
- I turbo siadło. Zablokowało się. Zamówilśmy nowe, będzie jutro przed jedenastą.
- Czyli znów motel?
- Tak, podrzucę Cię.

Spytałem jeszcze czy to że akurat teraz turbo siadło ma coś wspólnego z ostatnią naprawą. Otrzymałem odpowiedź negatywną. Turba po prostu siadają i już. Często to się zdarza, szczególnie przy takim przebiegu. Pogadaliśmy jeszcze trochę na temat mojego Volva i dowiedziałem się że ten model z tego roku jest całkiem dobry, niezawodny, ale czasami trafia się właśnie taki dziwny egzemplarz, w którym dość często występują awarie. Mieliśmy takich parę, mówi mi i pracowaliśmy nad nimi dość długo żeby doprowadzić je do ładu. Myślę sobie. Dobrze że turbo siadło akurat teraz, jeszcze na warsztacie. Bo gdybym ruszył, ujechał znów ze 100km i znów by coś się zaczęło psuć to faktycznie bym zwątpił. Jeździłem już na sprzęcie, który miał dwa miliony kilometrów w Leger. Nigdy mnie jednak nie zawiódł. Mój ostatni pracodawca miał swój własny warsztat i każdy truck po podróży miał przegląd oraz prewencyjne wymiany części, które nawet nie były zepsute nie wspominając o smarowaniu co dwa tygodnie niezbędnych części (oczko dla Tomka z Edmonton). Zdziwiło mnie kiedyś właśnie to że wymieniali mi silniczek od wycieraczek na nowy, gdyż mój działał cały czas. Według moich spostrzeżeń Claude dobrze dba o swój sprzęt. Ogumienie dobrej jakości, często wymieniane, w każdym trucku są podstawowe części zamienne, takie jak paski, napinacze, w jednym z trucków nawet znalazłem alternator w jednym ze schowków. Do tego cała jego flota jest regularnie wymieniana, naczepa chłodnia ma wymieniany agregat co 4 lata, teraz przyszło chyba z dwadzieścia nowych ciągników. I to co napiszę w rzeczach do zrobienia i spostrzeżeniach kierowcy na temat stanu mechaniki mojego ciągnika jest brane serio. Od czasu kiedy przejąłem ciągnik o numerze 267873 za każdym razem gdy zjeżdżałem na bazę szedł na serwis w Montralu. Nie ma wyjścia wożąc taki towar jak żywność, która jest wrażliwa na czas. Ale jak to się mówi : shit happends i czasami zbieg okoliczności robi tak że awaria idzie za awarią. W mojej karierze kierowcy, to drugi raz gdy śpię dwie noce pod rząd w motelu a ogólnie trzeci raz. Pierwszy raz gdy odpadł mi wał napędowy w VTL-u drugi raz w ATI jak zablkował się mechanizm uruchumiający wiatrak od chłodnicy i czekałem dwa dni na część i trzeci raz, teraz.

Claude zadzwonił do mnie na komórkę gdy rejestrowałem się w motelu. Odebrałem telefon słowami: nie wiem co mam Ci powiedzieć, mamy pecha z tym truckiem. On na to z dużą dawką śmiechu: nie martw się, na turbo nic się nie poradzi to nie Twoja wina. Spytałem się go co z tym ładunkiem co ciągnę.
- Czekają na niego i cholernie są wkurzeni i spytali mi się czy dojedziesz w sobotę. Powiedziałem im że pewnie: dojedzie! On jest z Montrealu i też chce wrócić w końcu do domu.
-Wiesz, jeśli chcą, i jeśli ten cholerny truck jutro zechce jechać to mogą mnie rozładować nawet wieczorem, skoro tak bardzo im na tym towarze zależy.
- Pogadamy jutro i zrelaksuj się ale myślę że teraz tym truckiem będziesz mógł jechać na Alaskę - zaśmiał się - masz w nim wszystko nowe.
-Oj... Claude jak mi znajdziesz ładunek na Alaskę to skakałbym z radości.

Różnie bywa w transporcie i nie jedną rzecz nauczyłem się w tej branży. Mimo że uwielbiam planować i często jestem pod tym względem niubłagalny, na czym czasami cierpi moje ciało, to wiem że cały plan może walnąć w jednej chwili, tak jak w tym tygodniu. Ale nie zniechęcam się wcale. Jest to część gry. Nie ma maszyn niezawodnych i każda kiedyś powie swoje ale. Po prostu, tak czy siak, mam gdzie spać, mam małe wakacje. Pewnie że wolałbym je spędzić w domu ale w sumie w tym domu nikt na mnie nie czeka więc żadna strata.

Więc. Jutro ruszę czy nie? Jak myślicie?

Część pomysłów do tego posta przyszła mi do głowy po obejrzeniu tego filmu. Kliknijcie na link. http://www.youtube.com/user/kurpzlomzy#p/a/u/0/q7fWv5LcjGk .Post można potraktować jako odpowiedź na niego. W sumie to w pewnym momencie głupio było mi że maszyna akurat zdecydowała się sypać gdy była pod moją kontrolą, ale w żadnym wypadku nie czułem że to ja byłem przyczyną tych awarii. Mój post w formie rozmowy między mną a maszyną miał na myśli pokazanie tego że ja i Volvo stanowimy całość ;) Chyba mi nie wyszło, każdy ma swój limit przekazywania swoich myśli :)

czwartek, 1 grudnia 2011

Volvo regeneruje się.

Stoi na warsztacie, czeka aż dowiozą do niego potrzebne części i jutro ciut po dwunastej powinno być gotowe do jazdy. Nawalił cały system ATS. Nawet używając wszechmogącej siły wujka Googla nie otrzymałem odpowiedzi co znaczy ten skrót. Chodzi o system oczyszczający spaliny i zbierający za pomocą filtra sadze wytwarzane przy spalaniu ropy. Co jakiś czas, gdy filtr się zapełni, sadze są podgrzewane do bardzo wysokiej temperatury i eliminowane powodując przy tym ogromny smród dookoła.

Czy ma to jakikolwiek sens czy nie, nie mam pojęcia i nie obchodzi mnie to. Nie mam na to żadnego wpływu. Zostawię to ludziom mądrym i wykształconym: naukowcom obiektywnym lub nie, którczy często są wybrani przez wpływowych polityków pod wpływem sił wyższych, pieniężnych lub lobyistów płaconych przez korporacje albo cholera wie kogo, może nawet samo Opus Dei, i są od tego żeby pouczać ludzkość co jest właściwe lub nie. Efekt jest taki że pojazdy wyposażone w taki system, owszem nie puszczają za sobą brązowego lub czarnego dymku, ale cały czas zostawiają za sobą bezbarwną smugę dwutlenku węgla, który prędzej czy później i tak nam przypomni o swojej obecności w atmosferze. Ale jak czegoś nie widać to nikogo to nie obchodzi. A co lepsze, silniki nowej generacji, dwutlenka węgla, wypluwają z siebie więcej niż wcześniej bo te 'ekologiczne' systemy powodują że trzeba paliwa lać w baki więcej.

Mechanicy stwierdzili że powodem całej awarii była ta część. Pęknięta rura. Spowodowała tak że czujniki źle sterowały systemem.
Część spalin bowiem ulatniała się w powietrze co powodowało złe dane o poziomie sadzy w filtrze. Filtr się napełniał a czujnik cały czas czuł świeże powietrze. Gdy już przyszło co do czego i sadze zawaliły wszystko co się dało, system postanowił się oczyszczać, ale niestety było za późno i w końcu awaryjny tryb zdecydował że trzeba wszystko wyłączyć żeby sadze nie zaczęły się dostawać do silnika. Ta puszka to filtr i powinien on być biały tak jak w miejscu gdzie jest ślad palca. Koszt naprawy? Jeszcze nie wiem ale sam filtr to 4000USD. Plus inne części plus robocizna plus holownik, który kosztował 615USD. Słono. Szef, trochę był wkurzony ale strasznie mu zależy na tym żeby truck był gotowy jutro. Mam zabrać ze sobą wszystkie części do Montrealu i mają iść do serwisu gdzie mój ciągnik ma co jakiś czas przegląd. Spytał się mnie co ja takiego robię z tym ciągnikiem ale mimo wkurzenia poczułem lekki wątek żartu. Odpowiedziałem: pracuję nim i żyję razem z nim każdy mój dzień w trasie.

I tak. Siedzę sobie teraz w motelu pisząc tego posta, płacony oczywiście przez Princea. W sumie nie stracę zbyt dużo na tym wyjeździe. Czas spędzony w motelu podczas naprawy Volva zintegruje mi się idealnie z pauzą. Od momentu kiedy stanąłem na autostradzie kręci mi się 36 godzin. No a co, nie? Przestałem prowadzić o godzinie 5:00 AM i do tej pory nie miałem nic wspólnego z pracą. Holował mnie kto inny, naprawia kto inny i jutro o godzinie siedemnastej będę gotowy i sprawny żeby uderzyć w szlak jak burza. Sądze że i tak Volvo nie będzie gotowe wcześniej. Pewnie będzie tak że w piątek rano w końcu dostarczę to cholerne ogrodzenie na bazę wojskową w Waszyngtonie, po czym będę gotowy na załadunek jakbłek wieczorem. I potem już rutyna. Ogień do Montrealu.

Dajcie mi sprzęt na którym można polegać, a ja Was nie zawiodę.

środa, 30 listopada 2011

Awaria w trasie część, która?

Coś mnie to Volvo nie lubi. Wydaje mi się to nie fer, bo dbam o nie, oszczędzam przy przyśpieszeniach, obchodzę się z nim delikatnie manewrując w miastach, wyłączam nawet silnik żeby oszczędzać paliwo i czyszczę je, gdy mam wolny czas, w środku kabiny tak żeby wszystko było schludne i czyste a nawet panował miły zapach. Cóż, najwyraźniej za mało się staram bo w ostatnich dwóch wyjazdach nawala i za każdym razem bardziej konkretnie.

Trzy tygodnie temu, czujnik od ciśnienia w misce olejowej "źle coś odczuwał" i powodował odcięcie mocy podczas jazdy. Po wyłączeniu silnika i ponownym odpaleniu problem znikał. Nie było źle, bo działo się to może raz, góra dwa razy dziennie. Dojechałem na bazę i czujnik wymienili. Patrzę na Volvo i mówie: chyba coś Ci nie pasuje co? Obiecuję poprawę.

W kolejnej podróży urwał się pasek od alternatora. Niby mała bagatela. Spędziłem parę godzin w garażu czekając w kolejce aż założą mi ten glupi pasek. Najgorsze jest to że część miałem przy sobie, ale nie miałem narzędzi, żeby wykonać robotę sam, bo lubię naprawiać takie drobnostki. Na tym kontynencie kierowca nawet nie bawi się w wymianę koła (tylko prywaciarze wożą ze sobą zapas pod naczepą) na drodze a tym mniej grzebaniu pod maską. Garaż też cwaniakował, bo stwierdzili że trzeba wymienić również inną część, która, prawdopodobnie spowodowała że pasek się urwał. Po dwu godzinnym oczekiwaniu na część okazało się że przywieźli nie tą co trzeba, i że właściwej nie ma w mieście. Założyli więc starą ale w robociznę wliczyli oczekawanie na część. Niezłe hamstwo. Mój szef nie miał czasu się kłócić i machnął ręką na 480USD, którymi zapłacił za wymianę tego trefnego paska. Znów patrzę na Volvo i myślę: to już drugie ostrzeżenie i teraz naprawdę straciłem czas. Postanowiłem przemyśleć to spokojnie w domu i zastanowić się nad sobą. Nurtowało mnie pytanie: co mojemu ciągnikowi tak bardzo nie podoba się w moim stylu jazdy.

W bieżącej podróży ciąg dalszy dąsania się. Pierwszy foch był z trzysta kilometrów za bazą. Znów ostrzeżenie: ciśnienie oleju lub poziom oleju niski. Prewencyjne wyłączenie silnika przez system podczas jazdy. Pobocze i ta sama próba co ostatnim razem. Wyłączenie, włączenie silnika i gitara. Jedziemy dalej. Przez dwa dni cisza. Myśle sobie znów czujnik, niech to szlag ale skoro sprawa ucichła przestałem o tym myśleć. Aż do momentu wyjazdu w poniedziałek przed świtem. Ten sam komunikat o oleju i tym razem nie chciał już zniknąć. Poziom oleju elegancki, praca silnika również, zaczynało mnie to irytować. Moja firma postanowiła odłączyć czujnik (akurat do tego było łatwo dojść) i kazali jechać dalej zastrzegając jednak że gdy usłyszę jakieś nieregularne stukanie w silniku żeby natychmiast stanąć. Czułem że z silnikiem wszystko ok: to po prostu ten cholerny czujnik. Dobra jadę dalej. Ułożyłem sobie plan: startować o wczesnych godzinach porannych, ułożyć sobie jazdę tak żeby być na czas. Te trzy godziny, które straciłem na telefonach do firmy i oczekując na ich decyzję jeszcze byłem w stanie nadrobić. W sumie gdy planuję sobie czas, to zawsze zostawiam sobie takie skromne okienko na różne niewiadome, mając nadzieje że ich nie będzie. Znów myślę. Co kurde źle ze mną i czemu Volvo się na mnie obraża.

No i teraz już pojechało całkowicie po bandzie. Ostatni dzień przed dostawą. Jazda była pięknie rozłożona, pobudka o 3:30 i wyjazd o 4:00. Czterdzieści minut później kolejny komunikat. Regeneracja w toku. Nic strasznego, bo raz na jakiś czas ta funkcja w "nowoczesnych' Volvach się uruchamia. Ma ona na celu oczyszczenie filtru od spalin, który jest częścią bardzo kreatywnego systemu który oczyszcza spaliny.

Tutaj mały nawias. ATS, bo ten system tak się nazywa, to nic innego jak duża puszka w której są zbierane brudne części spalin czyli sadze.Oczyszczenie tego filtru nazywa się regenracją. Są dwa typy regeneracji: podczas jazdy oraz na postoju. Są również cztery poziomy zapełnienia filtru. Dwa pierwsze pozwalają na wyczyszczenie filtru podczas jazdy, trzeci podczas postoju, czwarty na serwisie. Cały ten system według mnie to foto-montaż pic na wodę, bo raz że ilość dwutlenku węgla jaki jest wyrzucany w atmosferę jest bez zmian a nawet większa. Filtr tylko zbiera 'brudne' części spalin. Przez ten cały system silnik spala więcej paliwa (koncerny naftowe zacierją ręce). Starszej genearcji silniki palą mniej od tych nowszych. Do tego podczas regeneracji smród jest okropny więc zastanawia mnie jaki to w ogóle ma sens bo sadze i tak są ostatecznie spalane. Koniec nawiasu.

Więc. Komunikat regenracji w trakcie. Po 40 sekundach czerwony komunikat: STOP. Poziom sadzy krytyczny, zatrzymaj się natychmiast. Zabluźniłem. Udało mi się jeszcze zjechać z autostrady. Spróbowałem uruchomić regenerację podczas postoju ale było już za późno. Byłem na czwartym poziomie i oczyszczenia filtra mógł tyko dokonać serwis. Telefon do firmy. Później zadzwonił do mnie mechanik i przez telefon razem ze mną próbował uruchomić ten beznadziejny system. Mechanik doszedł do wniosku że czujnik od poziomu sadzy musi być zepsuty bo za późno uruchomił process regeneracji bo nienormalne jest to że wszystko od regeneracji podczas jazdy do krytycznego poziomu sadzy stało się w ciągu minuty. Zaproponował żebym udał się do najbliższego serwisu gdzie podłączą komputer i nim uruchomią czyszczenie. Szef podał mi adres do dealera Volva znajdującego się 100km dalej i poprosił żebym postarał się tam dojechać. Po trzech kilometrach system wyłączył mi silnik. Miałem to szczęście że byłem na wysokości zamkniętej wagi na autostradzie. Volvo mówi nie, koniec, basta.

A więc stoję i czekam aż ktoś przyjedzie i naprawi lub zaholuje do serwisu. Wszystkim zajmuje się Prince bo to ich ciągnik. W takich chwilach szczęśliwy jestem że nie zdecydowałem się na kupno własnego ciągnika. Taka przygoda na drodze musi słono kosztować, biorąc pod uwagę niedawną wymnianę paska od alternatora.

 Stoję i myślę, czemu to moje Volvo aż tak mnie nie lubi? Wcześniejsze zawsze były mi wierne. Może dlatego że tak dużo jeżdżę? A może że tak wcześnie rano wstaję i nie daję mu spać w nocy? Albo może czyta w moich myślach i czuje że myślę o moim białym starym Volvo z Leger, które mimo stare było NIEZAWODNE? Często myślę o przeszłości. Naprawdę nie mam pojęcia. Po tej naprawie albo będzie chodzić dobrze albo nie wiem co :P. Coś czuję że dzisiejszą noc spędzę w motelu, aż naprawią mojego niewdzięcznego konia. Ale i tak go lubię, musimy po prostu jeszcze trochę ze sobą pojeździć, żeby lepiej sobie zaufać :D

Ciąg dalszy na Fejsie lub Twitterze co do wybrnięcia z  obecnej sytuacji.

https://www.facebook.com/pages/Polski-kierowca-ci%C4%99%C5%BCar%C3%B3wki-za-granic%C4%85-nolibab3/206201579432907
@nolibab

piątek, 25 listopada 2011

Odcinek 25 oraz czemu nie, dwudziesty szósty.

Niektórzy z Was mówią na to serial, filmy dokumentalne. Mi się cały czas wydaje że są to przeciętne urywki z mojego życia kierowcy i nie ma nic w nich takiego szczególnego. Muzkę do podkładu często dodaję taką jaka akurat leciała w tle gdy kręciłem. To też juz pewnie zauważyliście.
Wybaczcie mi że ostatnio zaniedbuję uzupełnianie bloga wpisami. W zamian wrzucam filmy. Coś za coś. Mam pomysły na posty, owszem, ale muszę również mieć nastrój i czas, a tego ostatnio brak. Tutaj w branży transportu człowiek naprawdę bardziej się męczy i mimo że mam jeszcze w sobie dużo zapału do tej pracy nie zawsze nadążam. A, i jeszcze jedno. Zaglądając na strony kierowców, do których linki możecie znaleść na pasku z boku, zobaczyłem że również postanowili pisać o swoich przygodach a nawet zaczeli wrzucać filmy, które są bardzo interesujące i pokazują ich pracę. Cieszy mnie to ogromnie. Tak trzymać!



środa, 23 listopada 2011

piątek, 18 listopada 2011

Pauza 36H

Stanowcza różnica między Ameryką a Europą, wykonując przewóz towaru samochodem ciężarowym, to obowiązkowe pauzy weekendowe. W Europie 45, w Kanadzie 36 a w USA jeszcze mniej, bo tylko 34 godzin. Muszę więc wykręcić 36 godzin żeby podporządkować się przepisom kanadyjskim, mimo że robię to w Stanach. Wracam przecież do Montrealu, który jest w Kanadzie i w momencie gdy przekroczę granicę kanadyjską obowiązują mnie tamtejsze prawa.

W sumie to nie pauza weekendowa, tylko pauza zerująca mój czas pracy. Tutaj, w Północnej Ameryce można ewentualnie całkowicie obejść się bez tej pauzy. Tłumaczę:

Tydzień pracy wygląda mniej więcej tak: 70 godzin pracy i jazdy na osiem dni. W polu praca zaliczamy codzienny przegląd składu, wycofywanie się pod rampę, czas spędzany na granicy i rzeczy podobne. Jeżeli praca układa nam się w ten sposób, że patrząc siedem dni wstecz plus dzień bieżący, nie przekroczymy 70 godzin pracy/jazdy, to możemy jeździć tak w kółko w nieskończoność (albo do śmierci albo do zmiany ustaw :D) bez brania żadnej pauzy "weekendowej". Ze względu na to że dozwolona ilość godzin jazdy dziennie w Stanach to 11 a w Kanadzie 13 godzin, plus codzienny czas pracy inny niż jazda, prawie zawsze bywa tak że wyczerpujemy limit siedemdziesięciu godzin w sześć lub góra siedem dni. I tu z pomocą przychodzi pauza 36H. Kręcąc ją, magicznie zerujemy wszystkie liczniki i mamy od nowa świeże 70 godzin do pracy. Pauza nie musi być koniecznie wypadać w sobotę lub niedzielę. Nie ma to nic do rzeczy. Cykl pracy możemy zaczynać w obojętnie jaki dzień tygodnia. Sądzę że nazwa "pauza weekendowa" pochodzi z tego że w Europie głównie kręci ją się w sobotę i niedzielę ze względu na zakazy dla ruchu ciężarowego. Tutaj nie ma żadnych ograniczeń. Jedziesz kiedy chcesz o każdej porze dnia i roku. I muszę przyznać, dla kierowcy jest to łatwiejsze: spędza więcej czasu w domu niż w kabinie bo łatwiej mu wszystko zaplanować.

Więc! Moja pauza 36h ma się dobrze. Od momentu jak wyjechałem z Montrealu nabiłem już na liczniku jazdy/pracy 58 godzin. Żeby wrócić potrzebuję jakieś 40 godzin. Jestem zmuszony zresetować mój cykl pracy biorąc 36 godzin pauzy. Zacząłem ją wczoraj, w momencie gdy podjechałem pod firmę na załadunek i skończę ją równiutko 36 godzin później. Tutaj władze przymykają oczy na to że załadunek był podczas kręcenia tej pauzy. Im chodzi najbardziej o to żeby nie ruszać się przez 36 godzin z jednej miejscowości. Prawie wszystkie ładunki tutaj ładuje się tyłem pod rampą: kierowca uczestniczy w nich tylko obserwując załadunek. Załadowałem towar, poszedłem spać pod firmą, wstałem, przetarłem oczy i pomyślałem żeby resztę pauzy spędzić w lepszym miejscu. Najpierw udałem się na małe zakupy a później zakotwiczyłem się na konkretnym truck stopie, 20km dalej gdzie miałem wszystko co potrzebne: prysznic, WC, restaurację i sklep taki jak na stacjach benzynowych w Polsce. Z tych dwóch ostatnich pozycji i tak nie korzystam ale lepiej jest kiedy są. Nie byłem przygnębiony tym że muszę stać w jedym miejscu bez możliwości ruszenia składu tylko robiłem to na co miałem ochotę w wolnym czasie. Tak powinno się odpoczywać w trasie. Oczywiście, w książce gdzie zapisuję czas pracy nie odnotuję żadnego ruchu ale jak wspominałem wyżej: raczej nikt by i tak się nie przyczepił. Najważniejszym jest nie ruszać się z danej miejscowości.

Ruszam jutro o 10:00. Do Montrealu mam 3600km, które idealnie rozłoże na trzy dni: 2 x 1125km w USA i 1350km w ostatni dzień kończąc w Kanadzie. Pewnie, nie zawsze warunki jazdy pozwolą utrzymać przeciętną prędkość jazdy 103 km/h ale póki jest książka a nie tacho, bez większego naginania można dotrzeć tam gdzie się chce.

;)

wtorek, 15 listopada 2011

LTL

Cóż to takiego? W języku branżowym, w Północnej Ameryce, to określenie ładunku częściowego.
Małe dwie definicje:
TL czyli Truck Load, po polsku ładunek pełny. Kierowcy tutaj również na niego mówią 'full load' co było by dosłownym przetłumaczeniem tych dwóch słów z języka polskiego.
LTL czyli Less than Truck Load (mniej niż ładunek pełny), jak wspomniałem wyżej, ładunek częściowy.

I oto trafiło mi się właśnie takiego LTLa wykonywać. Miałem siedem różnych ładunków na naczepie gdy opuszczałem bazę z Montrealu. Istnieją dwa typy LTLów. Mogą wszystkie pochodzić od jednego producenta, który wysyła swój towar w różne miejsca. Drugi typ to zbieranina ładunków z różnych miejsc w tym samym rejonie, jak na przykład z Montrealu i okolic, które idą w mniej więcej ten sam rejon gdzieś dalej. Tutaj już trochę zaczyna pachnieć logistyką. Nie chcę za bardzo wnikać, bo sam siedzę za kółkiem i mogę tylko się domyślać że za towarem, który ciągnę za sobą stoi dobrze nasmarowana maszyna logistyczna firm które często gęsto są wobec siebie konkurencją.

Ja mam mieszankę LTLów. Wiozę cztery ładunki, które pochodzą od jednego producenta (drugiego głównego zleceniodawcy Princea). Kolejne dwa, przekazane przez innego przewoźnika z Montrealu, które również dowiozę do następnego przewoźnika już w Teksasie do dwóch oddzielnych terminali. I to ten ostatni przewoźnik dowiezie towar aż do odbiorcy. Ostatni ładunek, też pewnie przekazany przez innego przewoźnika: sześć palet składników do produkcji wina, które dowiozę do samego odbiorcy. Razem siedem.

Wszystko zależy od tego jaka firma gdzie najczęściej jeździ, gdzie najbardziej jej pasuje, jaki posiada sprzęt i gdzie tym sprzętem może podjechać. Wiadomo że nie wyślą mnie do centrum Dallas moim dużym składem. Miałem okazję pracować w wielu firmach wykonujących różne roboty dlatego zaczynam mieć pojęcie jak ta branża działa ale zdaję sobie również sprawę że będąc zwykłym kierowcą nie można wszystkiego pojąć i zobaczyć całości z jednego punktu widzenia. Ludzie przecież studiują logistykę przez parę lat. Notabene myślę czy kiedyś w przyszłości się tym nie zająć. Gdy znudzi mi się jazda, w co szczerze wątpię, mógłbym trochę zwolnić tempo i zająć się pracą z drugiej strony witryny. Tu w Kanadzie sporo doświadczonych kierowców po długiej karierze w kabinie przenosi się do spedycji. Mają jednak ten przywiliej że często wsiadają za kółko i śmigną sobie tu czy tam.

Wracając do mojego bieżącego kursu. Z punktu widzenia kierowcy, LTL to dla jednych frajda, dla drugich katorga. Dla mnie to zdecydowanie frajda. Z reguły za każdą zrzutkę firmy płacą ekstra kasę. Tak jest również w Prince. Spokojna praca gdy rozładunki są dobrze zaplanowane dając wystarczająco czasu, między każdym, na spokojną jazdę. Druga dobra strona to możliwość przejeżdżania innymi drogami niż zwykle i poznawanie o wiele więcej terenu niż ciągnąc pełny ładunek z magazynu do magazynu. Siedem miejsc, siedem róznych sytuacji, inni ludzie, inne wszystko. W tej trasie trafił mi się ładunek na samo lotnisko w Dallas do jakiegoś magazynu wojskowego. Czuję że jutro będzie jazda i trochę stresu napewno przejdę. Lotnisko to nie za bardzo przyjazne środowisko dla trucka. Kilka razy jadąc osobówką na lotnisko JFK w Nowym Yorku, widziałem znaki dla trucków wskazujące im drogę i myślałem sobie że gdybym jechał tutaj pierwszy raz truckiem sam, to miałbym niezłego cykora. Także szacunek dla wszystkich kierowców, którzy sami odkrywają nieciekawe miejsca rozładunku.

Fajnie, bo droga ułożyła mi się pięknie. Z Montrealu aż do południowego Teksasu, zbaczając po dordze do Alabamy i do Mississipi. Dawno w tych stanach nie byłem i co więcej nigdy nie przecinałem ich drogami ze wschodu na zachód. Słowem powiem że duszno i gorąco. Dzisiaj na termometrze wyskoczyło +28. Rewelacja gdyż wyjeżdżając z bazy były już przymrozki. Moja naczepa będzie pusta w San Antonio w Teksasie i tam będzie już blisko do Laredo i granicy z Meksykiem. Jestem bardziej niż pewny że załaduję tam pełny ładunek owoców lub warzyw idących z Meksyku, które powędrują razem ze mną na północ.

I to jest to! Lubię LTLe!

Parę zdjęć z dzisiejszego dnia. Żadna większa rewelacja, tylko po to żebyście się wczuli w południowe klimaty Alabamy i Mississipi.

czwartek, 10 listopada 2011

Setny wpis w tym roku.

Często zadaję sobie pytanie: o czym ponownie napisać żeby się nie powtórzyć i żeby nie zanudzić Was, czytelników. Jak do tej pory zawsze znajduje się coś, co przyciąga Waszą uwagę. Staram się pokazać z innej perspektywy szary przewóz towaru, przejazd składu, z punktu A do punktu B. Dziwię się cały czas że zaglądacie tutaj i pragnę Wam szczerze podziękować. Tak samo nigdy nie sądziłem że nakręcę aż 23 części filmów z cyklu "Polski Kierowca Ciężarówki za Granicą", które publikuję na YT. A więc dziękuję jeszcze raz i oto moja najnowsza produkcja:

Wyoming.






piątek, 4 listopada 2011

Waszyngton od A do Z.

No może nie zupełnie, choć większość dróg w tym stanie, które można przejechać truckiem już prawie zaliczyłem. To jest właśnie przywilej pracowania dla wielu firm transportowych. Wiadomo, że każda z nich obsługuje nie tylko różne obszary ale wysyła też składy tam gdzie ich klient tego najbardziej potrzebuje. Największym źródłem dochodu dla Prince'a to zaopatrzenie magazynów logistycznych, sieci spożywczej Metro  w Quebecku oraz czasami w Ontario, w świeże warzywa i owoce. Metro to coś takiego jak Polo lub Biedronka w Polsce. W Waszyngotnie, pewnie już się domyślacie, Metro zaopatruje się w jabłka. Trochę dziwna sprawa, bo prowincja Quebec sama jest dużym producentem jabłek i nawet je eksportuje, ale nie mam zamiaru wnikać w absurdy rynku i kapitalizmu, które ostatnio coraz bardziej wychodzą na wierzch. Duże sieci lubią mieć stałe, pewne zaopatrzenie w produkt o dobrzej znanej im jakości i co najważniejsze przystosowany do transportu, logistyki i dystrybucji. W skrócie produkt, który ładnie wygląda i długo się nie psuje (mógłbym się również wypowiedzieć na temat smaku owych produktów ale zostawię to bez komentarza... ... ... ...).

Wracając do głównego tematu posta. Do tej pory praca w Prince pozwoliła mi doszlifować mapę gdzie zaznaczam wszystkie drogi, które przemierzyłem. Nie pierwszy raz bywam w Waszyngotnie. Zazwyczaj przejeżdżałem go bez ładunku autostradą I5, z północy na południe, w drodze do Kalifornii. Tym razem poznaję więcej zakamarków tego stanu, który gdy zjedzie się z głównej drogi, udostępnia swoje piękne krajobrazy. Dzisiaj po przejechaniu autostradą przez centrum największej metropolii, Seattle (patrz zdjęcie nr 1), zrzuciłem towar w mieścinie Chehalis. Spedycja poinformowała mnie żebym udał się do Yakimy, Wa i jutro na pewno dostanę informacje o powrocie. Z jednej strony trochę się zmartwiłem, bo byłem gotowy ładować już dzisiaj, ale patrząc na mapę zorientowałem się że dziś zaliczę kolejną drogę, którą jeszcze nigdy nie jechałem. Od razu uśmiech na twarzy. W sumie dzień lajtowy i na koniec przejazd nieznaną mi jeszcze drogą. Waszyngton na zachodzie jest dość nudny. Nizina, czasami niższa czasami wyższa. Lasy lub pola. Ale gdy tylko zaczniemy jechać na wschód w stronę gór, tych samych co w Kanadzie, zaczyna się robić o wiele ciekawiej. Wysokich szczytów tutaj mniej ale nie oznacza to że jest nudno. Wysokie, dwudziestometrowe lub wyższe drzewa iglaste, jedno przy drugim robią efekt. Gdy wyszedłem na chwilę z kabiny dzięki wahadełku, które akurat miało miejsce, zapach powietrza był rewelacyjny. Moje płuca nie mogły się nacieszyć.

Pod koniec, po przełęczy White Pass, droga zmieniła się najpierw w wąwóz a później w kanion wzdłóż rzeki Tieton. Zatrzymałem się ponownie przy jeziorze, z którego ta rzeka się wylewa. I kontemplowałem przy szumie fal głaskanych przez zimny wiatr...


W każdej firmie zwiedzam inne tereny. Nie mam nic przciwko. W VTL-u poznałem Ohio, w Leger całą Kanadę, Kalifornię, Texas, Arizonę i ułamki Oregonu. Prince uświadomił mi piękno Waszyngtonu. Hmmmmmm, chyba czas zagadać ze spedycją bo powoli czuję że muszę się znaleść w Kalifornii. Niestety priorytetowo jeżdżą tam podwójne obsady ale jestem cierpliwy. Wiem i czuję że wkrótce tam się znajdę. To ostatnie zdjęcie to końcówka drogi US 12 jakieś 30 mil przed Yakimą. Pięknie nie?

wtorek, 1 listopada 2011

Namiastka zimy.

Małe przypomnienie od tej srogiej damy że już niedługo nadciąga. Jadąc drugi raz w tym miesiącu przez góry skaliste nie spodziewałem się nic szczególnego. Jednak wtapiając się powoli w pierwsze pasmo, zauważyłem że jest jakoś tak fajniej. Uwielbiam białą szatę i nie tylko na wysokich wierzchołkach. Na poboczu ledwie ślad białego pyłu jak po pierwszym śniegu wyglądał bardzo miło. Myślę sobie: następnym razem jak tu wrócę,  pewnie za jakieś dwa tygodnie, powinno już być więcej. Wspinając się coraz wyżej, przypomniałem sobie że w górach wszystko bardzo szybko może się zmienić.
Jakaś większa chmurka pogroziła mi troszeczkę sypiąc parę minut konkretnym śniegiem. Bez obaw, do zakładania łańcuchów na koła jeszcze bardzo ale to bardzo daleko. Na razie wystarczyła sól i akcja drogowców, których tutaj zima raczej nigdy nie zaskakuje. Nauczyli się że warto obserwować prognozę pogody parę dni do przodu i gdy właśnie takie dziwne chmury, lub systemy meteoroligczne zagrażają drogom, które mają utrzymywać, nasi koledzy są więcej niż w stanie gotowości. Podziwiałem więc krajobrazy w innej szacie i wydawało mi się że jadę zupełnie inną drogą. Było przez parenaście kilometrów jak w bajce.
Czyściuteńki, mokry i ciężki śnieg na drzewach iglastych. Zjeżdżając z przełęczy w dół paręset metrów różnicy w wysokości i było z powrotem zielono. Ku przestrodze, zauważyłem już dwa nieszczęśliwe pojazdy w rowie. Pierwszy z nich to osobówka, a drugi SUV z przyczepą kampingową. Tę ostatnią nieźle poobijało. Cóż, bywa i tak. Za szybka jazda do warunków klimatycznych, słabe ogumienie samochodu lub mało doświadczony albo zaskoczony śniegiem kierowca.


To ostatnie zdjęcie mojego trucka zostało zrobione dokładnie w tym samym miejscu co trzynaście dni wcześniej. Może poznajecie, a jeśli nie to zapraszam do cofnięcia się w czasie o dwa posty :D.

I tak. Nie wiem czy nowa rubryka na blogu, tuż pod licznikiem wejść, jest w miarę czytelna i czy orientujecie się co i jak robię. Jeśli macie pomysły żeby coś ulepszyć to jestem otwarty na sugestie choć uprzedzam że nie na wszystkie! Powiem tylko że ten wyjazd jakoś idzie mi non stop pod górkę. Niby jazda jest łatwa i warunki nie najgorsze ale dwa razy nie dojechałem tam gdzie chciałem dojechać. Dwa razy powiedziałem sobie że basta na dziś i że mam wszystko w nosie. Zresztą co z tego jak wynik i tak będzie taki sam. Na dostawę i tak się nie spóźnię więc nie wiem czemu robię sobie wyrzuty. Sądzę że lekko przesadzam ale taki jestem ;)

wtorek, 25 października 2011

Z zachodu na wschód.

UWAGA POST DOŚĆ TECHNICZNY.

Sądzę że niektórzy z Was obserwują jak przemieszczam się po tym kontynencie dzięki mapce, którą umieściłem wyżej. Zauważyliście może gdy jadę to nie potyczkuję się tylko idę na całego. Spójrzcie na zdjęcie obok: to moje statysyki jazdy pod koniec dzisiejszego dnia. Przeciętna prędkość wyszła 103km/h na 11 godzin jazdy. Powiem że całkiem nieźle! Z tego względu moja aktywność na necie zmniejsza się do minimum. Jest po prostu: jazda, sen, jazda, sen aż do celu. Fizycznie to dość wymagające. Po całym dniu 'dymania' nie mam ochoty na nic innego tylko na walnięcie się na łóżko. Dlatego więc posty nie pojawiają się aż tak często. Do tego o czym tutaj pisać skoro nic się nie dzieje oprócz podziwiania widoku autostrady w nieskończoność ( choć jest to wciągające, przyznaję)

Nie mniej jednak myśli i zdania chodziły mi cały dzień po głowie, więc postanowiłem je uwolnić z mojej mózgownicy i podzielić się nimi z Wami.

Kolejny powrót z zachodu na chłodni, czyli z towarem dość szybko psującym się. Znów na pace mam 20 ton jabłek i gruszek, tym razem idealnie schłodzonych, innymi słowy nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji podczas ładowania towaru. Z jednym małym wyjątkiem. Moja spedytorka jeszcze w piątek pytała mnie się czy dam radę z tym dotrzeć na wtorek rano do Montrealu jakieś 4700km dalej. Przeliczyłem wszystko i śmiało odpowiedziałem że tak, zaznaczając wyraźnie że wszystko będzie zależało od tego czy wyrobię się ze załadunkiem do wieczora. Widziałem że da się to zrobić legalnie według wszyskich przepisów, ale czekała mnie jazda przez przynajmniej 3 dni po nocach. Załadunek trwał 24 godziny. Miałem dwa miejsca gdzie zbierałem towar i w pierwszym miejscu, w piątkowe popołudnie, straciłem 5 godzin bo nie mogli doszukać się jednej palety jabłek. Gdy podjechałem pod drugie miejsce załadunku, 150km dalej, pod rampami świeciło pustkami: firma zamknięta. Nie zostało nic innego jak iść spać i czekać do rana aż otworzą. Dotarcie do Montrealu na wtorek rano stało się mało realne bo mimo że jestem szurnięty to nie do tego stopnia żeby jechać jak podwójna obsada. 66 godzin i 4700 km: to robota dla teama, nie dla mnie. Ja ustaliłem moją włąsną normę gdy wracam z zachodniego wybrzeża: 76 godzin. Pozwala mi to jechać "prawie" na legalu odpoczywając normalnie po 10 godzin dziennie. Prawie na legalu, bo naciągam jedynie ostatni dzień jazdy, wydłużając go o parę godzin i minimalnie skracając sen. Nie będę wnikał w szczegóły bo ponownie Was zgubię ale i tak sądzę że Prince nie powinien za bardzo na taki wynik narzekać. Gdy poinformowałem spedytorkę w poniedziałek o sytuacji, trochę się zmartwiła, ale powiedziała: trudno, poinformuję odbiorcę co i jak a ty jedź jak najszybciej tylko potrafisz. Co robię. Powiem Wam szczerze że "na jabłkach" bardzo rzadko zdarza się taki napięty termin, bo przeważnie dają aż 5 dni na powrót. Po prostu mam lekkiego nie farta jak na początek w tej firmie, ale bywa. Szybkie ładunki z zachodniego wybrzeża idą z Kalifornii. Napiszę o nich gdy będę z takim wracał.

Zresztą czy bym musiał jechać szybko czy nie to wracając mam swój styl. Wsiadam na konia i jazda! Od momentu wyjechania z Yakimy w Waszyngtonie stawałem tylko po paliwo i na spanie. Wczoraj ruszyłem w okolicach Salt Lake City w Utah, zatankowałem paliwo w dokładnie 9 minut w Cheyenne w Wyomingu i rzuciłem kotwicę na równiutkie dziesięć godzin w Gothenburgu w Nebrasce. Dzisiejszy dzień był jeszcze lepszy bo przejechałem 11 godzin na stop i wylądowałem już za Chicago na truck stopie w miejscowości Lake Station, Indiana ( 11 godzin jazdy to maksymalna ilość godzin jakie można jechać samochodem ciężarowych w USA dziennie). Od 7 am do 6:30PM. Tak, wiem: pół godziny dłużej. Wynikło to z tego faktu że wczoraj nie wykorzystałem 30 minut jazdy więc nadrobiłem to dzisiaj. Jakie to szczęście że mamy książki a nie tacho nie? Może szczęście albo nieszczęście ale po prostu tak jest. Teraz zostało mi jedynie 1300 km do Montrealu, rzut beretem. Nie będę musiał zatem nic kombinować. W Kanadzie mam prawo jechać aż 13 godzin w jeden dzień. 13h x 103km/h średniej = BINGO 1300 km. A może nawet jutro uda mi się uzyskać jeszcze lepszą przeciętną niż dzisiaj więc będę miał trochę zapasu na ewentulane korki w piekielnym Toronto. Jutro bez żadnej litości: start 4:45 AM i non stop aż do Montrealu. Wszystko jest wyliczone tak żeby przeskoczyć Toronto w południe. Jedyny postój będzie na granicy, sądzę że nie więcej niż 2 minutki. Dzwoniłem już do agenta i moje dokumenty są zrobione i zarejestrowane u kanadyjskich celników. Może, ewentualnie stanę na 15 minut w Mississaudze (przedmieścia Toronto) i zaopatrze się w polskie piwo. Brakuje mi go strasznie!

Na sam koniec pragnę jeszcze podziękować wszyskim, którzy do mnie piszą maile. Robią mi one wiele dobrego bo prawie każdy list oprócz pytań, zawiera jakieś dobre słowa. Podczas tych długich nieskończonych chwil spędzonych sam na sam z maszyną Wasze listy, komentarze do filmów oraz tu na blogu pozwalają mi odczuć że jestem mniej samotnym wilkiem. Dalej jestem zdziwiony że interesuje Was przeciętny kierowca trucka ale cóż. Postaram się w miare możliwości odpowiadać na listy, ale proszę uzbroić się w cierpliwość. Planuję również wnieść małe zmiany tutaj na blogu, między innymi dodać rubrykę obecnego zadania transportowego, które wykonuję. Razem z mapką da Wam to mniej więcej pojęcie gdzie, kiedy i dlaczego znajduję się w danym miejscu.

A więc GO GO GO to Montreal!

środa, 19 października 2011

Szybki przeskok przez pasma gór.

 Miałem to szczęscie że dziś była piękna pogoda. Zrzuciłem dwie palety z samego rana, czynność trwała dosłownie parę minut i uderzyłem jeszcze przed wschodem słońca w stronę pięknych gór skalistych. Znów moja droga poprowadziła przez rezerwat indiański: chciałem objechać Calgary i poranne korki. Droga była trochę kręta i wąska, ale napewno zaoszczędziłem wiele czasu i przy okazji odrykłem nową ścieżkę. Calgary znajduje się u stóp gór skalistych jeszcze na preriach, więc objeżdżanie go nie sprawia większego problemu. Jest to najwyżej położone miasto w całej Kanadzie, bo aż 1400m nad poziomem morza.

Gdy tak jedziemy na zachód i słońce wstaje za nami, nadaje to pięknych kolorów wierzchołkom gór. Świeży puszysty śnieg zabarwiony lekkim czerwieniem. W miarę jak zbliżałem się do pierwszego pasma gór we znaki zaczynały się dawać coraz to silniejsze porywy wiatru. Często gdy góry wyrastają przede mną na horyzoncie zadaję sobie pytanie: jak ta droga, którą jadę znajdzie sobie przejście i poprowadzi mnie na drugą stronę? Gdy zbliżam się coraz bliżej i widzę jaką potęgę mam przed sobą dalej z niedowierzaniem i fascynacją kiwam głową, Ale jednak, człowiek jakoś to zbudował i w pewnym sensie pokonał siły natury.

Spojrzałem na termometr Volva: temperatura zewnętrzna -5 stopni Celciusza. Brrrrr, wyjeżdżając z Montrealu było jeszcze prawie lato. Ale cóż, pokonywanie takich odległości wiąże się z tym że przejeżdżamy przez rózne pory roku. Dlatego w mojej podręcznej garderobie mam krótkie spodenki a obok czapkę i rękawiczki. Trzeba być przygotowanym na wszystko.
Sama droga szła rewelacyjnie. Byłem ciężki jak cholera, skład ważyl 38 ton więc trochę się nawajchowałem przy podjazdach pod górki. Volvo sprawuje się doskonale. Ma trochę dziwne przełożenie skrzyni biegów i biegi są dość "długie" więc trzeba używać trochę innej, bardziej dynamicznej techniki przy redukcji, ale da się przyzwyczaić.

Odświeżyłem sobie nazwy paru miast, o których już prawie zapomniałem, bo sama drogę znam dobrze i wiedziałem mniej więcej co znajduje się za każdym zakrętem. Nie było żadnych nowych odkryć ani nie miłych niespodzianek. Po prostu odwiedzenie starego dobrego szlaku z pięknymi krajobrazami.

Muszę przyznać, dziś był jeden z fajnieszych dni pracy za kółkiem od momentu podjęcia nowej pracy. Jestem już w okolicach Vancouver, ponad 4500km od domu i najlepsze jest to że w ogóle tego nie czuję. Wydaje mi się że zawodowy kierowca tak po pewnym czasie ma i wszędzie czuje się jak u siebie. Pamiętam moje pierwsze dalekie wyprawy: byłem nieźle podniecony i cały czas miałem tę świadomość że jestem gdzieś hen hen daleko. Teraz muszę sobie mimo woli o tym przypominać i powtarzać: mam niesamowite szczęście że mogę wykonywać zawód który po prostu kocham.

wtorek, 18 października 2011

Trzecia trasa w nowej firmie do Vancouver, BC

Choć może powinienem przestać na nią mówić nowa? W końcu za tydzień minie miesiąc jak w niej pracuję.

Jest jedena ludzka konwencja, która nigdy nie zostanie przekupiona przez skorumpowaną naturę człowieka. Paradoskalne nie? Czas ma to do siebie że płynie i nic go nie zatrzyma. Upłynął ponad miesiąc od wyjazdu z Polski i oto jestem prawie w połowie trzeciej wyprawy w kanadyjskiej firmie. W sumie to drugi konkretny kursik, bo krótki wypad w okolice Chicago można nazwać szybką rozrywką nie znaczącą wiele.

Teraz już wiem dlaczego jazda tutaj na tym kontynencie daje mi inny smak. Zrozumiałem to po dwukrotnej przygodzie europejskiej. Na starym kontynencie wszędzie jest pełno ludzi, wszędzie czuć ich obecność, nawet za dużymi miastami. Tutaj natomiast gdy wyjeżdżam za miasta dość szybko odczuwam przestrzeń, ogrom ziemi i przyrody. Ludność Europy i Ameryki północnej (wykluczając Meksyk) jest porównywalna, ale oczywiście obszar jest tutaj o wiele większy. Pokonując ogromne dystanse między każdymi miastami, odświeżając sobie w głowie znane mi krajobrazy i miejsca, zdaję sobie sprawę jak bardzo jestem od tego uzależniony. Często wyobrażam sobie że drogi po której jadę nie ma. Wtedy mam przed sobą obraz dziewiczych terenów nie zniszczonych ani nie zagospodarowanych przez człowieka. Takie drogi bez żadnych znaków cywilizacji najbardziej przypadają mi do gustu. Gdy zbliżam się do większej osady ludzkiej na widok krzyczących bilboardów od razu odczuwam że coś jest nie tak. Może faktycznie instynk nomada we mnie się budzi i nieświadomie odrzuca tryb życia oraz poziom rozwoju do jakiego doszła nasza cywilizacja. Wiem że sam w tym uczestniczę i również ciągnę korzyść ale gdzieś w głębi coś mi mówi że to wszystko nie ma większego sensu. Dobra koniec rozmyślań bo raz że Was zanudzę, a dwa że Was zgubię.

Więc trzeci wyjazd. Oczywiście dłuższa wyprawa. Tym razem aż do Vancouver. Wpadnie cała Kanada. Najpierw mała dostawa w Calgary, u stóp gór Skalistych i później wio piękną drogą przez olbrzymie góry. Trzeci kurs i trzeci ciągnik. Mam już dość tych przeprowadzek. Po każdej jestem trochę zdestabilizowany mimo tego że nie mam dużo rzeczy do przeniesienia. To Volvo na zdjęciu ma być już tym moim stałym. Przygoda z Internationalem, poprzednim ciągnikiem była fatalna. Owszem, fajnie: ogromna kabina, dużo schowków i tak dalej, ale jeżeli chodzi o jazdę to tragedia. Zawieszenie na kołach kierujących nie było na poduszkach co całkowicie zmieniało zachowanie auta na wyboistych drogach. Do tego miałem pecha i trafiłem na lekką awarię: wiatrak od silnika zablokował się i cały czas był na chodzie. Po paru godzinach jazdy z jego wyciem w tle można było dostać konkretnego bólu głowy. Sama zwrotność też była wątpliwa i dopiero na sam koniec wyjazdu mogłem powiedzieć że cofanie miałem opanowane. Może po prostu trafiłem na trefny model, ale jeśli ktoś mnie spyta to mu powiem: International, nigdy więcej. Dziwnym trafem przyjeli aż trzy drużyny do mojej firmy i  Volva VN660 są, według nich, za małe. Dlatego więc dostałem ten ciągnik i jestem z niego bardzo zadowolony. 485 koni mechanicznych, rocznik 2009 i wszystko w środku czyste i sprawne. To się liczy. Muszę jedynie trochę go przewietrzyć bo poprzedni kierowca musiał tutaj nieźle kurzyć fajki.

Kamera na stojaku, aprat w ręce i jutro rano uderzam w góry Skaliste. Mam koncepcję na film, który Wam przybliży tę drogę ale nic nie obiecuję co do kiedy. Żebyście wiedzieli ile ujęć robię, zanim powiem coś sensownego do kamery. :D Więc może jeszcze z dwie trzy wyprawy i coś ciekawego się uzbiera. Postaram się jak najszybciej, oczywiście ;)

piątek, 14 października 2011

niedziela, 9 października 2011

Niezła gafa!

Wczoraj, przez moje roztrzepanie znalazłem się w bardzo niezręcznej sytuacji. Do tej pory jak o tym myślę, a nie da się nie myśleć, to mam ochotę włożyć głowę w piasek, albo lepiej: w ogóle zapaść się pod ziemię.

Wracałem już z pustą naczepą do bazy po rozładunku w Ottawie, który poszedł dość zręcznie. Naczepa radośnie podskakiwała na wybojach wyśmienitych dróg wschodniego Ontario. Tak jakby cieszyła się ze mną z pięknej, ciepłej pogody. Wypadło że w tym roku w Kanadzie indiańskie lato przyszło dość wcześniej. Wiedziałem również że już w Montrealu będę zmieniał mój tymczasowy ciągnik na inny, który ma być moim stałym narzędziem pracy.

I tutaj zaczęły się problemy. Dostałem klucz oraz numer trucka. Wchodząc do niego od razu uderzyła mnie nieprzyjemna woń papierosów. Widok był jeszcze bardziej żałosny: wszędzie pełno jakiś rzeczy w nieładzie: sandały, na łóżku jakiś śpiwór, czajnik do gotowania wody na podłodze itd itp. Wróciłem do biura i mówię do szefa że ten truck nie jest wyczyszczony i pełno w nim rzeczy po kimś. Szef podrapał się po głowie, zadzwonił do kierowcy i spytał go czemu nie opróżnił trucka. Z rozmowy wynikło że zrobił to i jeśli jakieś rzeczy tam zostały można je wszystkie wyrzucić. Sam właściciel poszedł ze mną do tego żałosnego trucka, popatrzył na jego stan i mówi: podjeżdżaj nim pod kontener ze śmieciami. Pomagał mi wywalić wszystko, ale dosłownie wszystko. Operacja trwała jakieś 10 minut po czym powiedział mi żebym pojechał na myjnie żeby dokładnie umyli go w środku. Pięknie, myślę sobie. Cała afera zaczęła się gdy ni z tąd ni z owąd, podczas gdy spokojnie układałem moje rzeczy w śrdoku kabiny ktoś puka i pyta: Co robisz w moim trucku? Trochę mnie zatkało ale mówię że zadamawiam się bo od dzisiaj ja mam nim jeździć.
-Jak to? A gdzie moje rzeczy? po akcencie poznałem że to Rosjanin.
-Szef kazał mi je wyrzucić do śmieci i pomagał mi w tym.
Cisza. Zadzwonił do szefa i po krótkiej rozmowie podał mi słuchawkę:
-W trucku o jakim numerze jesteś???
Nerwowo popatrzyłem na kluczyki i na numer jaki tam jest: w 564124
-Napewno???? Jesteś w 564128! Przyjdzcie natychmiast na górę! I rzucił słuchawką.

Zrozumiałem. Byłem nie w tym trucku co trzeba i wyrzuciłem, razem z szefem wszystkie rzeczy tego nieszczęśliwego kierowcy, co więcej jego zmiennikia również, bo to truck podwójnej obsady.

Rusek zaczął kląć, zrobiło mi się strasznie głupio i mówię mu że nie rozumiem jak to jest bo kluczyk który miałem pasował! On na to że w tej firmie kluczyki są wszystkie takie same do tych wypożyczonych ciągników. Oczywiście zacząłem go przepraszać i zaczęło mi się robić coraz bardziej gorąco.
Tłumaczę mu że sprawdziłem numer , w pośpiechu pewnie nie dojrzałem ostatniej cyferki a że kluczyk pasował i do drzwi i do stacyjki to wprowadziło mnie w błąd oraz nie zbudziło żadnych podejrzeń. Pomyślał, pomślał aż w końcu zaczął się śmiać.
-  Jestes nowy nie? Mówisz po rosyjsku? bo masz dziwny akcent.
- Jestem Polakiem.
- Dobra chodźmy na górę i nie przejmuj się, poklepał mnie po ramieniu, - Shit happends.

Szef wziął mnie na dywanik i mówi: Wiesz co by się stało gdybyś pojechał tym truckiem na granicę? Mielibyśmy wiele kłopotów. Odpowiedziałem mu że z pewnością bym skapnął się przed granicą że coś nie tak bo zawsze trzy razy sprawdzam numery rejestracyjne czy są zgodne z tym co mam w dokumentach. Nie mniej jednak przyznałem się do winy. Jak się popełnia błąd najlepszą kuracją przyznać się do niego od razu. Zresztą według mnie szef trochę miał w tym udziału bo on też nie sprawdził numeru trucka :D.

Rosjanina też wziął na rozmowę, odpalił mu trochę gotówki za wyrzucone rzeczy, także gdy już wychodziliśmy z biura miał dość duży uśmiech na twarzy. Odnalazłem na placu właściwy ciągnik, sprawdziłem jego numery pięć razy, po czym szybko przełożyłem moje manatki i pojechałem do domu. Zrelaksowałem się wypijając duszkiem dwa zimne piwa.: CO ZA DZIEŃ! Do tej pory jeszcze chce mi się krzyczeć gdy myśle o tej całej, niezręcznej sytuacji.

Dzisiaj znów wyjazd. Tym razem króciutki bo tylko okolice Chicago. Nie ma co siedzieć w domu, jak jest praca to się ją bierze, szczególnie po takich wakacjach jakie sobie zrobiłem. Wrócę pewnie w środę najpóźniej i wtedy postaram się skleić dla Was jakiś film z pierwszej mojej wyprawy. Materiału mam sporo tylko czasu na jego obróbkę mało.

Oto pojazd, który od dzisiaj jest moim drugim domem:


czwartek, 6 października 2011

Opowieści o wątpliwej treści.

Opowiem Wam dzisiaj w jakiej dziwnej sytuacji może znaleść się kierowca gdy firma, która wysyła towar oraz jego odbiorca grają w dziwną grę i kombinują jak wrobić przewoźnika i narazić go na przewiezienie ładunku za pół ceny lub generalnie za darmo.

Najpierw parę definicji i faktów. Naczepa - chłodnia w której przewozi się towar, ma ograniczoną wydajność. Jest ona przystosowana do utrzymania różnych temperatur ale nie jest w stanie schłodzić ani ogrzać produtku, który  w nią ładujemy. Dlatego podczas załadunku bardzo ważnym jest sprawdzić czy to co nam ładują na chłodnię jest gotowe do transportu. Innaczej: czy produkt ma taką temperaturę jaka jest wymagana do przewozu na dokumencie przewozowym.

Cała checa polega na tym że jeśli kierowca nie sprawdzi i załaduje np ciepłe pomidory to firma która zamówiła towar może odmówić przyjęcia, lub nawet domagać się odszkodowania od przewoźnika za przyjęcie trefnego towaru. Wiadomo że owoce i warzywa jeśli nie mają odpowiedniej temperatury dość szybko się psują.

Mój początek tygodnia był bardzo ciekawy. Po całym weekendzie dostałem w końcu zlecenie. Mam załadować 20 palet jabłek i gruszek w trzech różnych miejscach. Na zleceniu było wyraźnie zaznaczone żebym ustawił chłodnię na 33 stopni Fahrenheita (około 0.5 Celciusza) i żebym dobrze zmierzył temperaturę jabłek. Nie mogły być cieplejsze niż 38 stopni. W pierwszej firmie poszło idealnie: załadunek trwał 20 minut i wszystkie palety były odpowiednio schłodzone. Natomiast w drugim miejscu zaczęły się przeboje. Towar był zdecydowanie za ciepły bo termometr wskazywał prawie 50 stopni. Pierwsze co to telefon do mojej spedytorki żeby ją poinformować o tym co mi chcą wcisnąć. Nerwowym głosem kazała czekać na jej telefon, rozłączyła się i zadzwoniła do firmy która zamówiła towar. Po 10 minutach oddzwoniła i kazała mi wstrzymać załadunek, nie brać nic na chłodnię i czekać tam do rana żeby te ciepłe palety zostały schłodzone. Ciut za późno, bo mnie już dawno wygonili z pod rampy, niesamowicie szybko wózkowi uwijali się z ładowaniem. Idę zatem do okienka i tłumaczę życzliwej pani, która miała już wszystkie dokumenty gotowe do podpisania, że niestety ale towaru nie mogę przyjąć i proszę o natychmiastowe zdjęcie go z naczepy. Zrobiła duże oczy ale gdy użyłem argumentu że na naczepie mam inny ładunek i jej ciepłe palety mogą zepsuć te, które załadowałem w innej firmie od razu podała numer rampy. Była godzina 6 wieczorem. Po całym weekendzie próżnowania, miałem znów czekać do rana. No cóź bywa. Rano od nowa ta sama porocedura. Budzi mnie ktoś i pyta się czy jestem tym gościem co wczoraj odmówił załadunku. Że co? Ja Odmówiłem?
- Choć zmierzyć jeszcze raz, powiedział wózkowy - ale od wczoraj nic się nie zmieniło, albo je bierzesz takie, albo jak chcesz to możesz czekać jeszcze jeden dzień i może wtedy będą zimne. Wyraźnie odczułem sarkazm w jego głosie. Zrozumiałem że mierzenie temperatury nie ma najmniejszego sensu i od razu wykonałem tel do spedycji. I od nowa ta sama bajka, telefony tu i tam a ja sobie czekam i powoli zaczyna mnie to wszystko coraz bardziej irytować. Wykonuję moją pracę według wskazówek  mojego pracodawcy a tu gdzie ładuję zaczynają do mnie mieć pretensje i krzywo na mnie patrzeć bo robię im problem od prawie doby. Na dokumencie przewozowym jest napisane czarne na białym że temperatura w jakiej produkt ma tranzytować to 33 stopnie to czemu upierają się żeby wcisnąć mi coś co jest cieplejsze. Do tego sam odbiorca się na to nie zgadza. I tak odbijali sobie piłkę jeszcze z parę godzin a kierowca sobie czekał. Kogo obchodzi kierowca, czy mu się spieszy czy nie, czy może też już ma dość tego czekania. W końcu odbiorca zgodził się na jabłka w takim stanie potwierdzając to faxem do mojej firmy. Do tego przy podpisywaniu papierów bardzo wyraźnie zaznaczyłem jaką temperaturę miał towar przy odbiorze. Pani w okienku znów kręciła nosem że niby dlaczego. - Dlatego że tyle ma! Chce pani ze mną iść zmierzyć???? - zaczynały mi puszczać nerwy.

Bo co by się stało gdybym machnął ręką i na początku załadował ciepły towar nie informując o tym nikogo? Przy odbiorze, klient mógłby stwierdzić że ładunek nie nadaje się do niczego i żąda odszkodowania od mojego przewoźnika. Akurat jabłka nie są aż tak wrażliwym owocem i nawet gdy są cieplejsze tak szybko się nie psują więc nieodpowiednia temperatura mogła być tylko pretekstem bo i tak poszłyby do sprzedaży. Mam fakturki, bo jadę z tym przez granicę: wiozę całą naczepę jabłek i gruszek o wartości ponad 20000 USD. Cena za kurs z zachodu na wschód kontynentu w dniu dzisiejszym to około 6000-7000USD.  Tak więc przy załadunku trzeba być bardzo , ale to bardzo ostrożnym.




Zapomniałem o tej całej niezręcznej sytuacji gdy już byłem załadowany i zacząłem zmierzać na zachód. Washyngton to piękny stan i cieszy mnie że teraz będę miał okazję go poznać bliżej. Oto parę fotek z wtorkowego popołudnia gdy zmierzałem na zachód drogą nr 2. Mimo że straciłem dzień na załadunku to i tak muszę to dowieść na sobotę rano do Ottawy. Da się to zrobić jeszcze na legalu, ale po drodze nie może wypaść mi nic niespodziewanego. Sądzę że i tak w ostatni dzień będę musiał sobie skrócić pauzę dobową o jakieś 2 godzinki ale to już tylko taki mały szczegół.

niedziela, 2 października 2011

Powtórka z rozrywki.

Po całym tygodniu rzetelnej pracy, transport szybko przypomniał mi że nie ma co planować. Pierwsza wyprawa szła idealnie aż do piątku rano. Myślałem że będę już miał coś gotowego żeby załadować do Montrealu. Już w czwartek spedytor powiedział mi żebym udał się 400km dalej w kierunku Ellensburg w Washyngtonie i był w stanie gotowości. Tak więc zaplanowałem sobie że ewentualnie stracę cały piątek na załadunku, tak na chłodniach bywa i w sobotę rano zacznę mój powrót żeby dotrzeć do Montrealu najpóźniej we wtorek wieczorem. A tu masz, lekkie rozczarowanie bo w piątek nic się nie znalazło, co gorsze w sobotę tak samo nic. Mam okazję przypomnieć sobie jak wygląda pauza, którą kręciłem prawie co tydzień w Europie . Mam tę swobodę że mogę sobie przestawiać auto do woli, lub jechać nim na zakupy albo nawet wypiąć ciągnik i używać oficjalnie jako prywatny samochód. Prawo tutaj na to zezwala, tylko trzeba opisać w książce kilometry, które nabiję na liczniku używając ciągnika 'nie do pracy'. Całkiem fajne rozwiązanie, człowiek mniej się czuje więźniem w trasie.

Korzystając więc z wolnego czasu, odpowiem dziś na jedno z  pytań, które zadajecie mi na blogu, przez maile oraz w komentarzach pod filmami Youtube.

Kwestia wyżywenia. Od prawie już roku zmieniłem moją dietę w taki sposób żeby wyeliminować z niej całkowicie mięso. Była to długo przemyślana decyzja, którą próbowałem wprowadzić w życie już trzy razy. Mam cichą nadzieję że tym razem wytrwam w postanowieniu do końca. Żeby nie przytyć w trasie, jedzenie lub nie jedzenia mięsa zresztą nie ma nic do rzeczy. Podstawa to jakość jedzenia jakie spożywamy. Najlepiej brać je ze sobą z domu i jak najrzadziej korzystać z usług restauracji przy drodze gdzie jakość często jest wątpliwa. Dobrze jest też jeść często ale małe porcje. Żywności przetworzonej, z różnymi przemysłowymi konserwantami i ogromną ilością soli, też staram się unikać (puszki, konserwy, zupki w torebkach). Spożywanie pieczywa odgrywa swoją rolę i jem go bardzo mało, przeważnie tylko na śniadanie. Unikam również napojów gazowanych. To największa trucizna jaką chyba człowiek wymyślił. Zawierają one w sobie ogromną ilość cukru, a te niby wersje 'light' mają jeszce więcej chemii, która niewiadomo jaki ma wpływ na organizm. Najlepiej jest pić wodę, lub soki, które mieszam z wodą bo niestety one również mają przesadną ilość cukru. Najczęściej w trasę biorę dobry zapas sera, parę jajek, orzechy (nie ziemne) jakieś owoce i oczywiście warzywa. Uwielbiam jeść pieczywo z warzywami. Do tego wszystkiego trzeba dodać troszeczkę wysiłku fizycznego. Wiem że w trasie nie zawsze jest na to czas oraz chęci, ale przynajmniej dwa razy w tygodniu trzeba się spiąć i albo trochę pobiegać a jak nie ma się do tego warunków można bardzo łatwo zrobić sobie intensywny trening przy aucie. Ostatnio właśnie to mi się spodobało (dzięki mojemu kumplowi z Polski, który mi to pokazał) : 100 przysiadów, 50 pompek, 50 wskoków na stopień i 10 razy sprint po 500 metrów każdy. Ciało dostaje taki wycisk że szok i trwa to tylko góra 15 minut. Gdy jestem w domu, za każdym razem staram się chodzić na basen bo uwielbiam pływać. Mimo tych wszytkich zasad, które stosuję dość liberalnie, bo jestem tylko człowiekiem, moje ciało i tak nie wygląda tak jakbym chciał. Sądzę że to wina mojej słabości do dobrego piwa i chipsów, z którymi walczę nieustannie :D.

I tak czas sobie leci. Jest już niedziela i sądzę że jutro w końcu coś dla mnie znajdą żebym mógł się stąd ruszyć. Wczoraj byłem się przejść do sklepu, jakieś 2 kilometry. Musiałem stanowić dziwny widok na ulicach tego miasteczka, bo byłem jedynym pieszym na ulicy. Czułem na sobie wzrok i tak jakbym czytał w myślach kierowców samochodów: co ten koleś tutaj wyprawia? W Stanach wszystko odbywa się samochodem. Jeździ tutaj tyle pick upów z silnikami V8 o pojemności 5.0L że aż strach pomyśleć ile to wszystko razem wzięte spala benzyny w jeden dzień. Ogromne maszyny żeby przewozić najczęściej jedną osobę parę kilometrów do pracy lub do sklepu. Cóż za strata enrgii ale jak to się tutaj mówi: it's the american way.

Odpowiedzi na kolejne pytania w następnym wolnym czasie w trasie :)