poniedziałek, 25 lipca 2011

Krótka relacja z wakacji z Norwegii.

Ale zacznę od początku. Wyjazd z Polski nie należał do najciekawszych. Zaczęło padać i konkretny deszcz towarzyszył mi aż do Hamburga. Przed tym miastem ni z tego ni z owego zaliczyłem moją pierwszą kontrolę celną w Niemczech. Trwała 2 minutki i miła pani, płynnie mówiąca po angielsku, podziękowała mi i życzyła miłych wakacji, gdyż ku jej wielkiemu zdziwieniu nie jechałem do pracy moim białym skromnym Peugeotem. Szukali fajek, alko i zapasu paliwa.
Niemcy, Danię, Szwecję oraz część Norwegii aż za Oslo przeskoczyłem jedym pędem. Raz że pogoda naprawdę była markotna a dwa że nie zawsze interesują mnie większe skupiska ludzi. Mimo dużych różnic między nimi w dzisiejszych czasach świat konsumpcji zrobił je podobne do siebie. Jeśli nic na świecie się nie zmieni to niedługo mało kto będzie wiedział co te wszystkie budowle, zabytki oraz muzea znaczą. Dziś bardziej liczy się kult: kup, zużyj, wyrzuć i zacznij od nowa. Tyle edytorialnych myśli.
Wczoraj, czyli w niedzielę styknąłem się z Norwegią, taką jaką ją sobie wyobrażałem. Zresztą moje oczekiwania okazały się mało ambitne bo to co zobaczyłem zaspokoiło je ponad milion razy. Zobaczyłem Norwegię poteżną, czystą i groźnie piękną. Trudno opisać te wszystkie widoki, tym bardziej pisząc z telefonu dlatego zapraszam wyżej do zdjęć. Czasami czułem się prawie jak w Kanadzie i górach skalistych, choć nie, tam nie ma fiordów. Po prostu jak w bajce. W jednym dniu i to na bardzo krótkim odcinku spotkałem różne typy klimatów oraz roślinności. Przez cały dzień byłem w lekkim stanie euforii bo naprawdę nie mogłem pochłonąć tego piękna w inny sposób.
Dzisiaj natomiast znów pada deszcz ale doznałem innej formy przyjemności. Dobrej jakości droga, mająca tyle zakrętów że aż mnie boli ręka od kierownicy. Jazda w deszczu po takiej drodze to poezja. Cały czas chodziły biegi bo do zakrętów trzeba dodać częste podjazdy pod górki, mniejsze i większe. Tak a propos Peugeocik sprawuje się wyśmienicie. Idzie jak mała burza, mocy ma wystarczająco na jego tyci silniczek diesla. W Norwegi spalanie wyszło mi 4.7l/100km, co mnie bardzo ucieszyło, bo przed chwilą zatankowałem chyba najdroższe paliwo w moim życiu: 13.42NOK za litr. To około 6.89PLN lub 2.32CAD. Masakra! I moje autko mimo jego 200 000 km na liczniku chodzi jak w zegarku. Zresztą wiedziałem czym jadę bo przyjrzałem mu się konkretnie przed wyjazdem.
I tyle szanowni państwo. Zasuwam dalej na północ, im dalej tym lepiej!
Zdjęcia:
1. Droga nr 258 gdzie EZG rządzi.
2. Cały czas na drodze 258. Zrobiłem sobie przechadzkę nad potok.
3. Jeszcze jedno ujęcie z drogi 258.
4. Fiord Geiranger (ujęcie z drogi 63)
5. A tu poszedłem spać. Nad fiordem Eres przy drodze 660. To jest piękne że w Norwegii można biwakować na dziko.

środa, 20 lipca 2011

Część pierwsza moich wakacji

Czy mówiłem już Wam że podróże to dla mnie ucieczka? Pewnie tak. Wiem, powtarzam się ale chyba już do tego się przyzwyczailiście. Mam tendencje do myślenia w jednym trybie, choć nie, wcale nie, jestem jak najbardziej otwarty na wszystkie nowe trendy oraz myśli. Tym razem zamieniam samochód ciężarowy i wszystkie obowiązki z nim się wiążące na malutkie autko. Można powiedzieć że moją pracą w ostatnich miesiącach, wykupiłem sobie wystarczająco wolnego czasu (odłożyłem kasę) żeby mieć w nosie wszystko. Teraz tylko wsiądę w osobówkę i pojadę przed siebie. Idealna forma wakacji według mnie.

Będzie to druga wyprawa tego typu. Chęć poznawania innych miejsc zawsze dostarczała mi dużo przyjemności. Pierwsza wyprawa miała miejsce dokładnie 14 lat temu. Wtedy jako szczawik chciałem zobaczyć Amerykę więc wsiadłem w mojego rozlatującego się Forda i pojechałem na głupka przed siebie. Teraz robię mniej więcej to samo. Owszem mam odrobinę więcej doświadczenia oraz lepszy samochód, który raczej nie powinien mnie zawieść ale tak samo jak wtedy: mój plan to nie mieć żadnego planu. Jedyne co to wyznaczyłem sobie drogę na mapie której będę się trzymał. Na jak długo i gdzie się zatrzymam jest jedną wielką niewiadomą. Wiem że Skandynawia nie będzie większym wyzwaniem pod względem organizacyjnym. Mimo wszystko są to kraje zachodnie i bardzo cywilizowane więc żadne przykre przygody nie powinny mnie spotkać. Z dużą starannością przestudiowałem mapy drogowe i po formie dróg oraz fałd na mapach jestem pewien że nie jeden widok mnie urzecze. Dużo nasłuchałem się o Norwegii, Finalndii, północnych klimatach, zobaczymy jak to wszystko przełoży się na rzeczywistość.

Oto mapka drogi którą mam zmiar przemierzyć. Nie wiem na ile jadę ale sądzę że na minimum 2 tygodnie.
Już czuję że będzie fajnie. I to jest to :)
Ruszam jutro o 5 wieczorem. Mam zamiar przeskoczyć na raz całe Niemcy i zatrzymać się dopiero w Danii.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Master Truck, Opole 2011

Po pierwszej tego typu imprezie można powiedzieć że jestem pod wrażeniem. Nie wiedziałem czego oczekiwać, dla mnie była to całkowita nowość ale ogólnie muszę przyznać że dużą liczbę osób interesują samochody ciężarowe. Tłum był niesamowity, szczególnie wieczorem. I nie byli to tylko kierowcy tirów. Widać że w naszym społeczeństwie też jest trochę ciekawskich, którzy się interesują ciężarówkami. Wieczorem było najgłośniej, mimo że na terenie zlotu obowiązywał totalny zakaz trąbienia. Szczerze? Wynajmujący musiał być bardzo naiwny wymyślając ten przepis. Pod wieczór, wszyscy zaczeli robić show, czyli zaczeli przepalać auta, mrugać światłami i trąbić czym tylko się dało. A było czym. Większość aut miało podrasowane dzwięki zaczynając od wzmocnionego klaksonu do odgłosu amerykańskiego pociągu. I naprawdę odgłos ten jest wiarygodny bo tak samo głośny jak w prawdziwej amerykańskiej lokomotywie. Ryk niesamowity. Sądziłem jednak że kierowcy będą bardziej uczestniczyć w pokazywaniu swojego auta. Niektóre ciężarówki stały po prostu otwarte bez kierowcy w środku. Do prawie wszystkich można było zajrzeć, ale nie do wszytkich wejść. 




Na master trucku doszło również do spotkania części ekipy z bloga z czatu. Na zdjęciu od prawej do lewej : MariuszBru: wódz, Dawid, Himenzo: niesamowicie dobry kierowca, który zlitował się nad nami jako jedyny, któremu alkomat pokazał 0.0 przed wyjazdem z imprezy :D, no i ja: Mesjasz. Ta nazwa to nie mój wymysł! Do tej pory nie jestem pewien skąd ona się wzięła ale najwyraźniej wszystkim na czacie przypadła do gustu. Co tu więcej gadać. Wrzucam zdjęcia które w miarę udało mi się zrobić. Ze względu na tłum nie było łatwo złapać same auta. Jedynie co to myślałem że będzie ciut więcej trucków amerykańskich. Były tylko dwa Kenworthy, jeden Norwega i jeden Polaka. Nie pstryknąłem im zdjęcia bo nie wywarły na mnie większego wrażenia :P. Myślałem że spotkam jakieś Volvo VN780 lub 880 a tu nic :). W sumie co się dziwić: w końcu jesteśmy w Europie a nie w Ameryce. 

Ten skład zaimponował mi najbardziej. Wszystko było wykonane bardzo stylistycznie. Tematyka dzikiego zachodu .


Tak wyglądał wieczór na zdjęciu.
A tak w akcji na wideo.
video


No koniec coś co chyba najbardziej przyciągało uwagę widzów płci męskiej. Polskie piękne dziewczyny. 





czwartek, 14 lipca 2011

W cyklu wspomnień : piękne miejsca w USA

Trochę tych miejsc jest. Przeważnie na zachodzie, ale nie koniecznie. Piękne widoki zaczynają się mniej więcej od Colorado aż do samego Pacyfiku. Są firmy w Montrealu które jeżdżą wszędzie ale mimo tego nie pozwala mi to poznać wszyskich miejsc w Ameryce. Przyczyna jest dość prosta: Do Montrealu z każdej części kontynentu prowadzą utarte szlaki. Jest parę autostrad w Stanach których jeszcze nie zaliczyłem i to właśnie wynika z położenia geograficznego Montrealu. Na wschodzie. Ale dobra nie narzekam i tak wiele zobaczyłem. Dzielę się tutaj z Wami z najpiękniejszymi widokami które spotkałem do tej pory. Czyli dziś tematycznie: zachód USA. Utah, Wyoming, ciut Nevady i oczywiście Kaliforni. Ostrzegam, to jest bardziej post ze zdjęciami niż myślami. Moje myśli są tam, na tych zdjęciach i coraz bardziej czuję że tych widoków mi cholernie brak.


 Utah, Piękny stan i tak jak większość zachodnich Stanów bardzo dziki. Oprócz paru większych skupisk ludzi, jedziemy i przemierzamy kilometry mając takie widoki.






Interstate I15 zmierzając na południe. Jesteśmy w strefie ograniczenia prędkości do osiemdziesięciu mil na godzinę. Generalnie w tym stanie prawie na całym obszarze jest 75mph ale ze względu na pustkowia jakie tutaj są, władze zdecydowały podnieść limit prędkości na tym odcinku drogi.



Nephi, Utah. Ta góra jest tajemnicza. Zresztą to chyba widać. Kilka razy spałem u jej stóp na truck stopie. Coś wspaniałego wstać i rano mieć taki widok podczas śniadania. Zawsze jak tam spałem, rano zanim ruszyłem, stałem z 5 minut siedząc za kółkiem gotowy do wyjazdu i patrzyłem, patrzyłem starając się namówić myślami to piękno żeby jechało za mną. Niestety bez skutku.



Tutaj natomiast krajobraz wygląda normalnie. Wydaje się że to niskie chmury przykryły niebo. Gdyby nie zapach dymu który cały czas irytował moje nozdrza też bym tak myślał. Ta cała biała warstwa na niebie to dym z ogromnego pożaru który trwał chyba ponad miesiąc. Miałem tego farta że dostawałem w tym okresie cały czas ładunki do Kaliforni i cały czas przejeżdżałem przez te same tereny. Dwa kółka po dwa tygodnie każde i pożar nie znikał tylko zmieniał miejsce. Jak jest mało wody to ciężko jest walczyć z suszą, wiatrem i ogniem.

Tutaj jestem bardzo blisko pożaru. Na radiu CB i na radiu satelitarnym słyszałem że ten odcinek drogi był zamknięty dla ruchu przez około 12 godzin. Miałem szczęście i dojechałem jak już było po wszystkim, czyli kiedy policja stwierdziła że zagrożenie na autostradzie zniknęło.
 













Węzeł drogowy w Salt Lake City, Utah a dokładnie skrzyżowanie autostrad 15 i 80. Obydwie kończą bieg w Kaliforni. Tym razem pojechałem I80 w stronę Reno i w stronę Sacramento w Kaliforni.






Wyoming


O tym stanie można pisać wiele. Tak jak jest napisane na tablicy która nas wita : Na zawsze Zachód. Warunki tutaj są srogie. Lato trwa może z 3 - 4 tygodnie i jest góra 20 stopni na plusie w te dni. Choć nie ma reguły. Czasami i jesienią może być upał a w czerwcu śnieżyca. Wyoming zawsze jest jedną wielką niewiadomą. Jedyny pewnik w tym stanie to że z reguły cholernie tutaj wieje. CHOLERNIE. 



W najtrudniejszych miesiącach, od września do kwietnia, dość często zdarza się że autostrada jest zamknięta przez 3 dni ze względu na wiatry i na oblodzony stan autostrady.



No bo co człowiek może zrobić wobec wiatrów ponad 100 km/h ( czasami i więcej) oraz temperatur między - 5 a -20 stopni Celciusza. Gdy mam lekki ładunek zawsze uważnie sprawdzam pogodę kierując się w tamte tereny. Już miałem przypadek załadowaną chłodnią gdy nagły poryw wiatru zrobił tak że myślałem że wyląduję w rowie. Jedną z przyczyn tych nieprzyjaznych wiatrów jest właśnie ta góra : Elk Mountain. Jest to taki mój punkt na drodze który przypomina mi na jakim etapie podróży jestem. Sam Wyoming w większości znajduje się około 2000 mterów nad poziomem wody a ta góra ma wysokość 3400 metrów. I jest to kolos. To właśnie ona wpływa na wiatry. Autostrada omija ją ale mimo tego towarzyszy ona nam widokiem przez około 3 godzinki. Coś niesamowitego. Wyoming jest bardzo dzikim stanem, Amerykanie mówią na niego 'The gost state" (stan duchów) ale jedzie mi sie przez niego bardzo dobrze ze względu na dobrze rozstawione punkty rozpoznawcze. Gdy warunki pogodowe są sprzyjające możemy pokonać 400 mil długości przez około 6 i poł godzin ( jadąc oczywiście z ekonomiczną prędkością.


Tak zawsze jak wracam układam sobie myśli :  - Evanston aż do Green River, później do Rawlins, z Rawilns już widać Elk Mountain, z tamtąd już blisko do Laramie i ostrego podjazdu pod górę i gdy znajdę się na wyżynach będę widział po mojej prawej stronie szczyty Colorado, a z górki to już rzut beretem do Cheyenne i ciut dalej granicy z Nebraską. To w skrócie Wyoming. Jest właśnie taka granica i jest nią Nebraska. Gdy dojeżdżam do Nebraski z reguły wiem że nie powinienem mieć już problemów z dalszą podróżą choć nie zawsze :).







Nevada, też w ten dziki sposób i bardzo krótki. Tylko dwa zdjęcia. Muszę sobie trochę zostawić na później, jak tam wrócę, żebym miał co pisać. Pierwsze zdjęcie to pustynia za miastem Las Vegas. Zjeżdżamy z ogromnej góry i tutaj właśnie odczuwam ogrom naszej planety. Na horyzoncie widać górę oraz część ziemi która jest lekko przechylona. Czuję moc sił, to wszystko wynik ruchów płyt tektonicznych i ta fałda, którą widzę ma początek gdzieś daleko pod ziemią a ja widzę tylko maluteńki jej fragmencik. Człowiek jest niczym wobec sił natury.


Tutaj podjazd przez Virgin river w stanie Arizona. W sumie tylko podjazd jest w Arizonie. Na dole zaczynamy w Nevadzie a kończymy w Utah.







I na sam koniec. Kalifornia.
 To zdjęcie zaliczam jako do moich najlepszych. Jechałem tak chyba z godzinę cały czas mając widok promienia słońca przebijającego się przez chmury. Nie wierzę w żadne znaki ale to zjawisko naprawdę ruszyło mi moją wyobraźnię.

 Tutaj natomiast przebijam się z głownej doliny w Kaliforni (San Joaquin Valley) w kierunku zimnego pacyfiku który jak widzimy daje się we znaki gęstą mgłą oraz chmurami. Kocham Kalifornię
 Widok jaki miałem z kabiny mojego trucka na Pacyfik. Zawsze myślę nad tym co się znajduje po drugiej stronie oceanu. Zawsze.
I nie ma nic lepszego jak spędzenie nocy i być kołysanym szumem fal nad Pacyfikiem. Bardzo polecam. Wtedy są najfajniejsze sny oraz marzenia. Te których nie da się zapomnieć, nie da się wymazać. To magiczne miejsce to HWY 1 na wyjeździe z miasta Oxnard w Kaliforni.




Chyba moje myśli za bardzo są przesiąknięte nostalgią. Wybaczcie mi, jestem zwykłym kierowcą, który lubi podróżować. Im więcej odkrywam miejsc w tym większy wpadam stan zamyślenia i roztargnienia.







































poniedziałek, 11 lipca 2011

Miratrans, post mortem.

Nie, bez obaw Miratrans nie upadło i raczej nie zanosi się na to że upadnie. Chodzi tylko o mnie i o pracę w tej firmie. Mogę napisać nawet post mortem mojej kariery w transporcie międzynarodowym w Europie. Bo muszę się przyznać że nie mam większego zamiaru pracować w tej branży. No ewentualnie jakaś firma, która jeździ na daleki wschód, żeby dostać dawkę adrenaliny lub ewentualnie jakaś krajówka po Polsce dla zabicia nudy, gdy będę po raz kolejny w Polsce. W sumie to muszę podziękować Miratransowi bo dzięki nim i tak zobaczyłem dużo. Była i Portugalia i Szwecja, nawet i Anglia. Szkoda tylko że w tym roku nie miałem okazji pojechać do Włoch, ale niestety tak się układała praca. Zobaczyłem to co chciałem zobaczyć, nabyłem cenne doświadczenie życiowe i mogę powiedzieć że mam już zaliczone dokładnie 9 miesięcy jazdy po krajach Uni Europejskiej i że już prawie wszystko poznałem. Sam po sobie to stwierdziłem, bo jeżdżąc przez ostatnie miesiące jazda była totalnie bezstresowa (w sensie że wiedziałem dokładnie co mnie czeka), stawała się zbyt monotonna.

Być może że z Miratransem nie rozstaliśmy się we właściwy sposób, ale według mnie zachowałem się w porządku i według prawa. Cóż, jeśli w firmie uznają, że palę za sobą mosty - to trudno. Uważam siebie za dobrego kierowcę typu : daj mi ładunek i zapomnij o mnie. Bez kolizji, bez spóźnień, bez mandatów. Takich kierowców dyspozytorzy lubią. Fakt, że umawiałem się słownie na początku stycznia że popracuję aż do września, ale w tym momencie niestety nie mogłem ocenić systemu pracy oraz ogólnego nastroju który panuje w firmie. Muszę przyznać że w roku 2009 (podczas mojej pierwszej obecności w tej firmie) praca wyglądała całkiem inaczej. Była bardziej na luzie i mniej stresowa. Teraz ciśnienie idzie do góry, terminy ładunków są na styk i często gęsto człowiek żeby nie tracić za dużo czasu oraz żeby kryć spedycję musi "kombinować". Ja będąc fachowcem nie mam zamiaru tego robić bo wiem jak ogromne konsekwencje może to za sobą pociągnąć. Niewinne przykładanie magnesu na firmie żeby załadować bez przerywania pauzy może zawsze być udowodnione gdy później coś się wydarzy na drodze. Nawet nie chcę myśleć gdy miałbym uczestniczyć w jakimś wypadku i nawet nie z mojej winy gdzie byliby ranni lub w jeszcze gorszym scenariuszu zabici. Tutaj nie byłoby żadnej litości, bardzo szybko wykrytoby wszystkie przekręty i najprawdopodobniej poszedłbym siedzieć. Firma wypięłaby się na mnie bardzo szybko bo przecież zawsze mogłem odmówić. I uwierzcie mi nie mam nic do Miratransu bo to systuacja na rynku, być może polskim, przewoźników jest coraz bardziej chamska. W transporcie niestety tak jest. Każdy patrzy jak wydymać drugiego i na samym końcu wszystko spada na kierowcę i to on musi stawiać czołu wszystkiemu. A nie ukrywam czasami człowiek naprawdę chce robić tak żeby nie dać plamy lub żeby wcześniej być w domu albo uniknąc korków na autostradach. Mam tego farta że jadąc zawsze mam łeb na karku i gdy byłem zmuszony do kombinowania cały czas miałem tę świadomość że może z tego wyjść klops i zaczynało mnie to coraz bardziej drażnić. Nie było dużo kombinowania w tym roku, bo starałem się tego unikać jak najbardziej, ale mimo tego terminy dostaw ładunków były na styk. Typu na trzy dni jazdy wychodziło małe dwu godzinne okienko na ewentualną stratę czasu w korku. Na serio. I o dziwo najczęściej to były ładunki na "przerzutach". Do tego system pracy w Europie jest totalnym dnem. Najgorsze są zakazy ruchu i pauza 45h, którą latem trzeba, właśnie ze względów na te głupie zakazy, kręcic co weekend. To jest po prostu wykańczające psychicznie. Według mnie 24 godzinki lub ewentualnie 30 co tydzień by wystarczyło. Nie to, że wymiękłem, ale po prostu: byłem, zobaczyłem, naczuczyłem się wiele i dziękuję bardzo. I na samym końcu straciłem to coś co podniecało mnie do wyjazdu w trasę. Głównie te wszystkie czynniki spowodowały że zakończyłem karierę ciut wcześniej. Mam motto : I work until it's fun, when it ain't, I quit. (tłumaczenie w stylu wolnym : pracuję do momentu gdy praca przynosi mi frajdę. Jak przestaje, odchodzę.) Niestety tam na zachodzie zawsze, ale to zawsze gdy dostawałem ładunek czy do Kaliforni, czy do Teksasu albo nawet i na Florydę, można powiedzieć że sikałem z radości. Z ogromnym entuzjazmem jechałem do firmy, podczepiałem konia pod gotową naczepę i z ogromną satysfakcją galopem pomykałem przed siebie. Nawet fakt że wyjeżdżałem w piątek w ogóle mi nie przyszkadzał. Tutaj zawsze trzeba było jechać się ładować i rozładować w kraju, podjazdy krajówkami pod miejsce załadunku, który szedł za granicę, w ramach oszczędności dla firmy. Takie krajówki często zjadały dzień lub dwa dni pracy a płaciły marnie bo jak wiemy całe 23 pln na dobę. Porażka. Ale cóż, dzięki krajówkom zwiedziłem sobie również większą część Polski co też nie jest złe. Musicie zrozumieć że bardzo lubię pracę kierowcy w Polsce i w Europie ale uważam że za taką pracę wynagrodzenie jest za małe. Ja to robiłem przez ciekawość i chęć przygody ale za takie pięniądze niestety według mnie jest to nieopłacalne i kierowca jest wykorzystywany na maksa. Teraz jeszcze doszło do omijania prywatnych autostrad w Polsce. Czas jazdy po kraju jeszcze bardziej się wydłuża, jeżdżenie drogami krajowymi powoduje przepały co powoduje obcinanie premi do której kierowca w niektórych firmach ma prawo. Czyli generalnie po Polsce jeździ się za nic (Firma powie że jeździ za podstawę krajową co da nam ultra wyskoką emeryturę).

Chyba już wylałem z siebie wszystko co miałem do powiedzenia. Teraz czas na wakacje. Takie prawdziwe jak pamiętam kiedy byłem jeszcze w Polsce dzieckiem. Lipiec i Sierpień. w tym tygodniu jadę na zlot do Opola (będzie pewnie temat do posta :) ) i zapraszam wszystkicj zainteresowanych gdyż zanosi się na fajną imprezę. Później wsiadam w autko osobowe i daję nogę w te miejsca Europy gdzie mnie jeszcze nie było. Mam trzy opcje : Skandynawia, ta daleka, Grecja z jazdą przez Bałkany oraz korci mnie Maroko ( to już nie Europa). Albo i chuk z tym, może pojadę wszędzie :). Będzie teraz troszeczkę mniej akcji tutaj na blogu, ale będę się starał jakoś przyciągać Waszą uwagę wspomnieniami z Kanady i USA. W sumie niedługo do nich wrócę w rzeczywistości bo bilet do Kanady mam już wykupiony na połowę września. Istnieje jeszcze możliwość przełożenia tego terminu ze względu na pewne sprawy techniczne ale najpóźniej do końca października bo muszę odnowić sobie prawo jazdy. Będą też sporadyczne relacje z wakacji i miejsc w które pojadę. Mam nadzieję że wrócicie tutaj pod koniec wakacji i wtedy pokażę Wam jak wygląda praca tam po drugiej stronie oceanu.

Zdjęcie na pamiątkę: tuż po przeładowaniu tobołów z DAFa w moje auto.

Wszystkim życzę miłych wakacji!

wtorek, 5 lipca 2011

Różne systemy płacenia myta w krajach Unii Europejskiej.

Niestety tak jest. Unia, unią ale każdy kraj ma swoje własne widzimisię jeśli chodzi o system poboru opłat za autostrady oraz innych dróg dla samochodów ciężarowych. Szkoda, bo tych czytników na szybie zaczyna się zbierać niezła liczba i niedługo chyba zabraknie szyby.


Zacznijmy od systemu niemieckiego Toll Collect, który według mnie jest najbardziej perfekcyjnym bo nie wymaga żadnej infrastruktury zewnętrznej. Znaczy jest infrastuktura zewnętrzna typu satelity i wieże operatorów komórkowych ale nie utrudniają one w żadnym stopniu ruchu na drodze. Cały system składa się z czterech części: antenka GPS, antenka GPRS (do telefonii komórkowej), główny moduł: coś w rodzaju mini komputera, które wygląda jak radio samochodowe oraz centrali znajdującej się gdzieś na terenie Niemiec. Działa to w bardzo prosty sposób. OBU (On Board Unit) czyli główny moduł za pomocą anteny GPS ustala pozycję auta i ową informację wysyła do centrali za pomocą łącza komórkowego GPRS. Centrala nalicza myto i zciąga je z konta przewoźnika które wcześniej musiał założyć. Myto jest naliczane w zależności od ilości osiek oraz kategori spalania silnika. Stawka z kilometra oczywiście jest najtańsza dla Euro 5. Na drugim zdjęciu to OBU które nie wymaga żadnej obsługi ze strony keirowcy. Wystraczy się tylko martwić o to czy pali się zielone światełko czy nie. Oczywiście jest alternatywa i nie jest obowiązkowym instalować tego systemu w autach. Przewoźnicy którzy tylko tranzytują przez Niemcy mogą na każdej granicy oraz licznych stacjach na autostradzie wykupić prawo przejazdu przez autostradę dowolnego wyboru. Są to tak zwane terminale Toll Collecta które wyglądają jak bankomaty. Na ekranie obsługa jest bardzo łatwa wszystko bardzo czytelne. Wybieramy na mapce gdzie wjeżdżamy na autostradę i gdzie zjeżdżamy, podajemy dane auta oraz kategorię spalania. Jeżeli Policja będzie nas mijała i system poinformuje ich że nie mamy Toll Collecta, wprowadzą ręcznie rejestrację auta i sprawdzą czy opłaciliśmy autostradę czy nie. Bo Policja oraz Bag ma również możliwość łączenia się z naszym modułem i zczytywania go podczas jazdy. Nie raz zdarzyło mi się że przez parę minut Policja lub Bag jechała za mną a później rura i zniknęli, czyli zczytywali mi Toll Collecta. Na pierwszym zdjęciu widać wszystkie czytniki jakie mialem zainstalowane na szybie w Dafie. Ten pierwszy po prawej to właśnie odbiornik GPS do Toll collecta. Później w od praweje do lewej : czytnik na Francję, Włochy, Austrię, Czechy oraz Polskę.

We Francji wszystko jest łatwe. Autostrady posiadają różne spółki ale na każdej autostradzie jest możliwość płacenia za pomocą czytnika, który wcześniej był zarejstrowany w bazie danych i został podłączony pod jakąś kartę płatniczą (DKV, Shell, kartę kredytową itd itp). W momencie jak podjeżdżamy pod bramki system wszystke rejestruje i po pobraniu opłaty otwiera nam bramkę automatycznie. W tym kraju nie mamy obowiązku posiadania czytnika. Jeśli go nie mamy podjeżdżamy pod bramki i płacimy albo kartą albo gotówką. Teraz jest już podobno jeden czytnik który działa i na Francję i na Hiszpanię a w przyszłości i na Portugalię, ponieważ Portugalia też zaczęła stawiać bramki na niektórych autostradach.

W Hiszpani, Portugali i Włoszech jest tak samo z autostradami. Są bramki i jest możliwość płacenia róznymi metodami czyli gotówką, kartami płatniczymi lub czytnikami zainstalowanymi na szybie. Wiadomo że czytniki to najlepsza sprawa bo najszybsza.

Co do Polski, Austri i Czech, używają identycznego systemu choć każde państwo nazywa go inaczej. Viatoll, Premid lub GoBox. W tych krajach nie można jeździć samochodem ciężarowym powyżej iluś tam ton ( w zależności od kraju) bez owego czytnika. Każdy czytnik może być ustawiony na ilość oś, ale to dotyczy tylko Austrię i Czechy bo na Polskę jeżeli auto waży powyżej 12 ton stawka jest ta sama. Na szybie auta musi być zainstalowany czytnik lub nadajnik, który gdy przejeżdżamy przez bramkę na autostradzie lub na jakiejkolwiek drodze, wydaje dzwięk potwierdzający że opłata została pobrana. Nie są to typowe bramki tylko po prostu rusztowanie nad autostradą które nie zwalnia w ogóle ruchu. I teraz są dwie możliwości co do opłacania tych czytników. Mogą one pracować w trybie na doładowanie, jak komórka. Doładowujemy czytnik wokreślonych punktach (głownie na granicach i na stacjach paliw) i jedziemy aż czytnik przypomni nam o niskim stanie konta. Lub, tak jak to robi większość przewoźników, podłączamy czytnik pod kartę płatniczą i opłaty są pobierane automatycznie z konta. W Austrii głównie autostrady są płatne. W Czechach autostrady oraz niektóre drogi szybkiego ruchu a nawet drogi krajowe tranzytowe. W Polsce natomiast istnieje od 1 lipca pewne zamieszanie, ponieważ system Viatoll nie obsługuje wszystkich odcinków drogowych. Viatoll działa tylko na drogach krajowych (gdzie jeszcze nie wszystkie bramki zostały ustawione) oraz na autostradach państwowych. Natomiast na autostradach prywatnych trzeba tak jak wcześniej płacić kartą lub gotówką co według mnie jest totalną porażką. Już nie wspomnę nawet o tym że na autostradach prywatnych obowiązuje całkiem inna stawka od kilometra niż myto na drogach krajowych, co spowodowało że większość przewoźników postanowiła po prostu 'olać' autostrady prywatne korzystając z tańszych i gorszych dróg krajowych. Jak zwykle cierpi na tym najwięcej kierowca ale generalnie tego ostatniego mają wszyscy w nosie.



Jest jeszcze jeden system opłacania autostrad który obowiązuje w następujących państwach : Hollandia, Belgia, Luxemburg, Dania oraz Szwecja. Zasada jest prosta. Tak jak nasza stara winieta w Polsce. Wykupujemy ją na dzień, lub na ile nam się to podoba. Z tą róznicą że kupujemy ją w formie elektronicznej. Przed wjazdem do strefy tych krajów musimy zaopatrzeć się w EUROVIGNETTE. Można ją głównie kupić na granicy każdego kraju, choć punkty sprzedaży na granicy nie są otawrte całą dobę. Najłatwiej ją kupić na stacjach paliw w pobliżu granicy, najczęściej Shella, lub na pierwszej napotkanej stacji w strefie. Cennik jest dość łatwy: 1 dzień = 8 euro. Tydzień = 33 euro. Generalnie nigdy nie kupowalem na dłużej niż tydzień wieć nie znam cennika na miesiąć i na rok. Tego typu winietę można również kupić przez internet. Działa to na tej zasadzie że Policja mijając nas chcąc zobaczyć czy opłaciliśmy autostradę wpisze sobie rejestrację i sprawdzi czy jesteśmy zarejestrowani. Ważnym jest pamiętać że stanie na parkingu na autostradzie uważane jest jako korzystaniem z niej i mimo tego że nie jedziemy w dany dzień, parkując (czyli słowem mówiąc weekendując) winieta musi być wykupiona na wszystkie dni. Często gęsto Policja lubi zjeżdżać na parking na autostradzie i sprawdzać czy auta stojące tam na weekend mają opłacone winiety. Na zdjęciu jest przykład potwierdzenia kupienia winiety w Niemczech i we Francji. W sumie ten świstek może być przydatny ale nie jest konieczny, bo wszystko jest zarejestrowane w systemie elektronicznie.