piątek, 13 grudnia 2013

Śmierć to Część Życia.

Zbyt często o tym zapominamy. Społeczeństwo, w którym żyjemy ma tendencję uciekania od śmierci tak jakby nie istniała lub była zjawiskiem nie dotyczącym nikogo z naszego bliskiego otoczenia. Niesety, jest to jedyny pewnik naszego życia. Moment,w którym odejdziemy każdy z nas ma zaprogramowany. Jedni nazywają to przeznaczeniem, drudzy wolą boską, inni jeszcze inaczej. Nie wnikam w każdy wariant, choć wiele z nich jest ciekawych. Nie mam ogromnej potrzeby wiedzieć co będzie po: zobaczę gdy sam tam dotrę. Ludzkość od dawna szuka wyjaśnień na temat tego zjawiska: co się dzieje lub nie dzieje. Jedno jest pewne, w obliczu śmierci każdy jest sam.


Byłem z nią do samego końca, trzymałem jej rękę gdy umierała. Kilkadziesiąt minut przed zatrzymaniem serca, pielęgniarki z oddziału paliatywnego dały mi do zrozumienia że już nic nie jest w stanie zatrzymać dzieła natury. Śmierć sama w sobie nie jest ciekawa. Ciało człowieka stygnie, jest bez ruchu i pogrążone w dziwnym spokoju. Jednak fascynującym jest obserwować jak życie łapie się każdej deski ratunku i trzyma się nadziei do samego końca.

Rak, to straszna choroba. Gdy dowiedzieliśmy się rok temu, że zaatakował ją rak trzustki, przeszliśmy oboje przez ogromne spektrum emocji. Choroba ta, na samym początku jest trudna do wykrycia. Prawdopodobnie żyła z nią już od wielu lat. Niejednokronie była u lekarza, tu w Kanadzie i w Polsce, narzekając na ból pleców. Specjaliści odsyłali ją z kwitkiem mówiąc, że to wiek i taka jest kolej rzeczy, gdyż ciało w wieku sześdziesięciu lat ma swoje wady. W jej przypadku operacja nie była brana pod uwagę. Nowotwór zaatakował głowę trzustki i zaczął napierać na żyły. Dostała wyrok od trzech do sześciu miesięcy życia. Dzielnie, podjęła walkę: chemio terapię i wszystko co z nią jest związane, znosiła dzielnie. Prawie do samego końca utrzymała bardzo dobry poziom zycia: śmigała samochodem, nawet pomagała innej starszej osobie cierpiącej na równie groźną chorobę i prawie do samego końca chodziła uczyć dzieci w polskiej szkole w Montrealu. Będę zawsze moją Mamę wspominał pogodnie mimo że nigdy nie zaakceptuję faktu, że tak wcześnie musiała opuścić ten świat.

Odeszła w spokoju siódmego Grudnia o 15:40. Wiem, że już się nie męczy. Gdy miesiąc temu szliśmy do szpitala przez jej brzuch, który napęczniał skutkiem przybycia płynu spowodowanego przez chorobę, myśleliśmy że to tylko komplikacja związana z terapeutycznymi zabiegami chemio terapii. W życiu nie przyszło nam do głowy, że to początek końca i że choroba postawiła na swoim. Ostatecznie wygrała z rakiem, gdyż odchodząc zadała mu fatalny cios. Z dnia na dzień, przez ostatni miesiąc, widziałem jak stopniowo traci siły, jak walka z nawałnicą osłabia jej organizm coraz bardziej. W ostatnim dniu nie miała nawet siły otworzyć ust. Wtedy zrozumiałem co to jest bezsilność wobec niewidocznego przeciwnika: być przy najdroższej osobie i nie móc nic zrobić żeby pomóc jest największą okropnością jaką doznałem w moim życiu. Nikomu tego nie życzę.

Mamo, wiem że patrzysz na mnie gdzieś tam z góry, że jesteś ciągle przy mnie. Powiedziałem Ci w ostanich chwilach, żebyś się o mnie nie martwiła. To było Twoim największym utrapieniem. Wychowałaś mnie w taki sposób, że wiem co to jest życie wśród ludzi i co od niego oczekiwać. Wiem, że nie byłem zawsze idealnym synem, ale możesz być pewna że zrobię wszystko żebyś mogła być ze mnie dumna.
Według Twojego życzenia, zabiorę Twoje prochy z Kanady i pochowam Cię w Polsce w Łęczycy obok Twojej Siostry i Babci.



















piątek, 4 października 2013

Wywiad na antenie radia publicznego Radio-Canada Première 95.1 FM w Montrealu.


Tydzień temu spełniło się jedno z moich marzeń. Pani redaktor, Marie France Bazzo, której słucham od wielu lat na różnych platformach, przeprowadziła ze mną króką rozmowę o porannych godzinach w Montrealu. Rozmowa była na żywo i nie powiem: miałem niezłą tremę. Wszystko zaczęło się od krótkiej wymiany zdań na Twiterze po której dostałem zaproszenie do programu.

Coś na temat Radio-Canada lub jego angielskojęzyczna wersja CBC (Canadian Broadcasting Corporation). To odpowiednik polskiej Jedynki. Radio publiczne finansowane przez rząd czyli społeczeńswto w formie podatków. Nie mam zamiaru porównywać serwisu publicznego dówch krajów ale co mogę powiedzieć o Radio-Canada to że podają bardzo obiektywną informację na temat tego co się dzieje nie tylko lokalnie ale na całym świecie. Fakty analizowane są przez różnych graczy i słuchacz ma podane rozmaite punkty widzenia co według mnie najlepiej  pozwala wyrobić swoją własną opinię. Najlepszy dowód na to że są obiektywni to fakt, że od parunastu lat w Kanadzie mieliśmy liberałów i prawicę przy władzy a każdej z tej stron radio publiczne przyszkadzało.

Rozmowa po francusku. Postarałem się dla Was przetłumaczyć jak potrafię, na łapu capu. Wywiad nie miał nic wspólnego z moją działalnością w sieci, bardziej chodziło o to że często wstaję rano, i że jestem kierowcą. Pani redaktor, z tego co przez parę lat zdążyłem zauważyć, bardzo ciekawi nasz zawód.
MF to Marie France a RZ to ja, Rafał Zazuniuk.  Tutaj link do rozmowy a niżej tłumaczenie :)

Słuchaj wywiadu. 


 "Klub wcześnie wstających" - budzik

Wstęp.

Klub wcześnie wstających to Wy, słuchacze naszej audycji (C'est pas trop tôt) od samego rana, chcemy wiedzieć kim jesteście, co robicie i dlaczego tak wcześnie wstajecie.
Tydzień temu, po rozmowie z jednym kierowcą, rzuciliśmy im wyzwanie (truckerom), żeby do nas napisali. Odpowiedział nam Rafał Zazuniuk, jest truckerem, łączymy się z nim w tej chwili:

MF: Dzień dobry Rafale,
RZ: Dzień dobry,
MF: Gdzie teraz jesteś?
RZ: Będę musiał Panią zawieść, ale znajduję się tylko w Montrealu.
MF: ooo, tylko w Montrealu, czyli jeszcze nie wyjechałeś?
RZ: Nie, niestety dzisiaj tak się złożyło, że wykonuję tylko pracę lokalną.
MF: Na czym polega Twoja praca? Gdzie normalnie wyjeżdżasz?
RZ: Najczęściej wyjeżdżam na zachodnie wybrzeże, czyli do Vancouver, do Kalifornii, mój plac zabaw jest dość wielki, cała Ameryka północna.
MF: Wow, nieźle, i wyjeżdżasz kiedy i gdzie?
RZ: Z reguły w piątki, jadę do BC (British Kolumbii), póżniej zjeżdżam ciut niżej do Oregonu, normalnie wyjazd trwa do dwóch tygodni, 10-12 dni.
MF: To nie są brzydkie i smutne miejsca...
RZ: Nie, no więc właśnie, dlatego uwielbiam jeździć w dalekie trasy, żeby podziwiać piękne krajobrazy.
MF: Jazda dla Ciebie to wielka pasja, jesteś stosunkowo młody, 37 lat, długo już wykonujesz ten zawód?
RZ: Dziękuję bardzo, czuję się stary..
MF (śmiech) Ależ nieeee ....
RZ: tylko 10 lat
MF: Co w tym najbardizej lubisz?
RZ: Uczucie wolności, nawet jeśli nigdy do końca nie jest się wolnym. To właśnie tak jest: mam ogromną potrzebę przemieszczania się, nie wiem, gdy zbyt długo przebywam w jednym miejscu, czuję się źle.
MF: Czy to wymaga jakiś specjalnych cech lub odpowiednią osobowość? To dużo różnych przygód, napewno poznawanie nowych ludzi ale również bardzo dużo samotności?
RZ: Owszem to dużo samotności, ale trzeba to lubić, trzeba lubić jazdę. Można się czuć wolnym ale mamy sporo kilometrów do przejechania w ciągu dnia, więc trzeba być bardzo dobrze zorganizowanym. Z dzisiejszymi terminami dostaw nie jest zawsze łatwo. Trzeba to naprawdę lubić. To około 1200 - 1300km dziennie
MF: Ouf, rzeczywiście to sporo pracy
RZ: i póżniej odpoczywamy 10 godzin i zaczynamy od nowa.
MF: Masz niesamowitą auto dyscyplinę, masz trucka w którym jesteś niezależny, z całym sprzętem i sam gotujesz w trasie, nie jesteś amatorem knajp przy drodze?
RZ: Nie, faktycznie, restauracje na truck stopach to nie dla mnie. W sumie jak nie mam już wyjścia, to owszem skorzystam ale z reguły zabieram ze sobą wszystko co mi potrzebne na dwa tygodnie w trasie, to tak jak biwak, gotuję w kabinie na śniadanie, jajecznicę, chleb, kawa. Na obiady mam cały program przygotowany wcześniej w domu.
MF: Czyli robisz zakupy na dwa tygodnie i przewidujesz posiłki dwa tygodnie do przodu... w sumie mógłbyś mieć swój program na temat gotowania?
RZ: (śmiech) tak naprawdę to moje dania są całkiem proste bo w trasie nie mam za dużo możliwości i czasu, więc nie mogę brać czego kolwiek ale staram się jak mogę mimo braku czasu, żeby zdrowo się odżywiać, żeby nie upadabniać się do Amerykanów.
MF: Dlatego mówię: mógłbyś mieć program kulinarny w telewizji.. czy masz tatuaże na ramionach?
RZ: (śmiech) nie.
MF: A nie, to nie mógłbyś mieć programu kulinarnego w TV, wybacz (śmiech). Jesteś uzależniony od naszego radia, słuchasz go prawie wszędzie
RZ: tak, tak, od rana do wieczora, wiadomo, że są programy, których słucham mniej bo mnie mniej interesują ale od momentu kiedy zaczynam jechać do wieczora przed snem, słucham Radio-Canada.
MF: To jest łącze z Quebeckiem?
RZ: Tak, jak najabardziej, czasami jest dziwnie słuchać o korkach w Montrealu gdy jestem w Wyomingu. Przed pojawieniem się radia satelitarnego, czułem się że wyjeżdżam daleko. Teraz, gdy n.p jestem w Los Angeles i słucham audycji z Montrealu czuję się bardzo blisko, tak jakbym wcale daleko nie pojechał.
MF: Będziemy teraz mieli inną świadomość prowadząc nasze audycje, wiedząc, że mamy słuchaczy aż z tak daleka i do czego służymy tak daleko. Ostatnia rzecz Rafale, często wstajesz wcześnie rano ze względu na przebieg, który masz do zrobienia w ciągu dnia. Jaką dałbyś mi radę żeby stać się super duper porannym ptakiem?
RZ: (śmiech) po prostu kłaść się wcześnie spać...
MF: Nie chcę Ciebie słuchać, chyba nie chcę Ciebie słuchać
RZ: Tak jak dzisiaj, położyłem się o siódmej wieczorem bo musiałem wstać o 3 nad ranem..
MF: Nie jstem pewna, że chcę usłyszeć co mi mówisz...(śmiech) dam Ci znać jeśli mi się to kiedyś uda...
Rafale wyjeżdzasz w piątek więc życzę Ci szerokiej drogi i pomyślimy o Tobie w przyszłym tygodniu...


I to mniej więcej tyle.

poniedziałek, 23 września 2013

Wyjazd do Kaliforni w Trzech Odcinkach.

Z pewnością już o nich wcześniej słyszeliście i kto wie, obejrzeliście może wszystkie relacje z wyjazdu na dziki zachód. Prawdopodobnie nie w całości, bo ile można słuchać i oglądać wciąż o tym samym w rytm mojego monologu. Nie mam tego nikomu za złe. Z mojej działalności w sieci każdy powinien brać to co chce i ile chce. Cieszę się, że w ogóle ktoś na mnie zwraca uwagę.

Żarty na bok, potrzebowałem tego wyjazdu. Nie tylko po to żeby zaspokoić moją chęć i mus przemieszczania się, tylko żeby udowodnić sobie w najmniejszym albo i największym stopniu, że życie może wrócić do normalności. Zrozumiałem, że walka z chorobą mojej Mamy, potrzebuje mojego wsparcia ale również odpowiedniej dawki samodzielności, która pozwoli jej odczuć, że nie jest całkowicie bez sił i nieużyteczna. Rok temu, dowiedzieliśmy się, że ma trzy lub sześć miesięcy życia, bez lub z chemio terapią. Teraz ma więcej energi i zaskakuje swojego lekarza, który spodziewał się na "rozwój
choroby". Rak to nie przelewki, szczególnie ten zidentyfikowany przez lekarzy jako nieuleczalny. Wraz z nowym rokiem szkolnym Pani Barbara wróciła do nauczania. W sobotnie poranki, dzieci montrealskiej Polonii uczą się, pod jej nadzorem, języka polskiego, historii, geografii i szlag wie czego jeszcze o naszym pięknym kraju. Robi to z takim samym zapałem jak wcześniej. Bardzo mnie to cieszy i dodaje mi otuchy.

Ok, w końcu trochę o wyjeździe. Był naj, naj, naj. Pozwolił mi się odprężyć, zresetować myśli, nabrać siły a nawet odświeżyć moje widoki. Kto nie jest nomadem ten nie łatwo zrozumie ;). Może dlatego, że te miejsca zawsze są i czekają na nas... są pewnikiem, o który tak ciężko w naszych czasach. One nie mogą być samotne. Sama  świadomość, że tam są nie wystarczy. Trzeba tam wracać. Być nomadem to choroba ;)

Oto wszystkie trzy części: jedenastodniowa wyprawa skondensowana w 134 minuty i 25 sekund filmu. No niech... ponad dwie godziny? :D











piątek, 16 sierpnia 2013

Wyjazd do Kaliforni, Wakacji Ciąg Dalszy.

Po dwóch tygodniach urlopu w Polsce jak można nazwać taki wyjazd? Pracą? Owszem, nie jadę wypoczywać tylko trzaskać kilometry, ale po tylu miesiącach zasuwania wciąż po tych samych magazynach, dziurach i ulicach w Montrealu, wyjazd w prawdziwą trasę (nie jakiś tam króciak do Pensylvani, Illinois czy na Florydę) ma w sobie ogromną dawkę relaksu... Coast to coast, long haul. Niech to! Teraz zaczynam doceniać pracę w mieście. Wystarczy parę miesięcy odwyku a wyjazd w dalszą trasę ma prawie taki sam smak jakbym zaczynał jeździć. To jest to!


Przed samym wyjazdem czułem się trochę nie pewny. Zauważyłem, że człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja, zmienia zachowanie i nawyki. Tak samo jak nie bez wysiłku nawróciłem się do rutynowego trybu codzienności pracy w mieście, tak dwanaście godzin przed wyjazdem w daleką trasę lekko panikowałem. Bardziej niż przed wyjazdem do Polski. W końcu doprowadziłem się do ładu i paroletnie doświadczenie wzięło górę. Przygotowanie do wyjazdu zajęło mi dwie godziny ale najgorsze było nieustanne uczucie, że czegoś zapomniałem.


Zdumiewająca była dla mnie celność z jaką wymierzyłem czas wyjazdu z bazy. Miałem dobrze zakodowaną pierwszą odlegość do miejsca gdzie muszę dojechać. Oczywiście pierwsze godziny jazdy spędziłem (jak to każdy zawodowy kierowca robi) na kilkukrotnym liczeniu i sprawdzaniu w myślach czasu przejazdu: "Jak dzisiaj pójdę spać tutaj, to gdzie dojadę w następny dzień. A w następny? I czy się wyrobię na czas i czy w ogóle i czy jeszcze i, i, i?" W końcu dałem sobie spokój z myśleniem i powiedziałem sobie: mam mniej więcej całokształt, a co będzie to będzie i nareszcie: zacząłem cieszyć się jazdą.


 Z Quebecku na dziki zachód szlak jest dość prosty: Ontario(828km), Michigan(360km), Indiana(74km), Illinois(266km). Za tym ostatnim stanem zaczyna dziać się coś ciekawego. Czuć dalszą wyprawę, pomalutku coś drażni nozdrza... zapach genetycznie modyfikowanej kukurydzy przeznaczonej na biopaliwo (ogólnie to mocny zapach trawy nic więcej), diabli wiedzą. Iowa(489km) i jej pagórki to dla mnie pierwszy etap dzikiego zachodu. Później płaska Nebraska(728km) aż do Wyomingu(655km). Pierwsze zdęcie u góry jest z Wyomingu.
Później dojazd do Salt Lake City. Tam był niezły tajfun ale o szczegółach dowiecie się później z filmu oraz z następnego wpisu na blogu. Skończyło się tak, że wylądowałem w Kaliforni. Następne zdjęcia w kolejności: sól przy autostradzie 50km od granicy Utah i Nevady; Kilkanaście km w głąb Nevady na I80; Lansowanie mojego trucka (trucka i naczepy mojego szefa) 80km przed granicą Nevady i Kaliforni.

Za każdym razem czuję to samo, gdy przekraczam granicę tego stanu... Wzdycham. Puszczam muzykę i marzę w nieskończoność. Myśli kierują się w tą samą stronę. Chcę tutaj wracać, zawsze chcę tutaj być. Ciężko jest przekazać emocje, które odczuwam gdy jestem tutaj. Czuję pewne ukojenie i spokój. Trzeba po prostu poczuć ten stan za kółkiem osiemnastokołowca.




Tyle myśli na szybko z trasy. Pominąłem fakt, że prawie przez cały drugi dzień tułaczki jechałem z Kamisado ale spokojnie: będzie film. Powiem Wam tylko, że kręcę od groma ale czy coś z tego wyjdzie... mam ogromne wątpliwości. Nawet kręcę na dwie kamery. Cały czas coś mówię podczas nagrywania co wiem, że sprawia Wam ogromną przyjemność. Pomyślę czy coś z tego wyjdzie.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Iwona Blecharczyk Trucking Girl

Już nie pamiętam jak wpadłem na jej profil na fejsie, najprawdopodobniej przez któregoś ze znajomych. Siła portali społecznościowych w necie. Bardzo szybko przewertowałem jej stronę. Wówczas, jakieś 4 miesiące temu, nie było tego wiele ale wszystkie zdjęcia oraz wpisy połknąłem z wielką chciwością i apetytem. Iwona przyciąga swoimi wpisami. Nie wiem jak to robi ale gdy ją czytam czuję się jakbym był z nią w trasie. Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na jej codzienny wpis i zaczynam się niepokoić gdy wieczorem jeszcze nic nie ma z jej strony. Strasznie uzależnia.

Na początku wysłałem do niej wiadomość z pytaniem czy mógłbym udostępnić jej stronę na mojej, ale po trzech tygodniach milecznia (później dowiedziałem się, że była to kara za olewanie jej w komentarzach na mojej stronie parę lat wstecz :D Nie no tak na serio to nie mogła po prostu się dokopać do mojej wiadomości, tyle ich otrzymuje) nie wytrzymałem i zrobiłem to co należy. Mogę dumnie stwierdzić, że przyczyniłem się do paru skromnych tysięcy polubień na jej stronie. Resztę Iwona dokonała i dokonuje dalej sama. Największy przełom nastąpił po jej pierwszym filmie. Nagrany bez większego przygotowania, choć czasami wydawałoby się że niektóre gesty były wyreżyserowane, jej pierwszy amatorski film wywołał dużą falę w polskim internecie. Po prostu naturalna z niej bestia przed kamerą.

Pomijając jej naturalny wdzięk i urodę Iwona jest jedną z nas: kierowcą czterdziestotonowca. Wykonuje zawód rzetelnie bez żadnych wymówek. Odwala taką samą dobrą robotę jak każdy inny kierowca w EU (czasami może nawet lepiej niż przeciętny kierowca) a wyzwanie to dla niej najlepsza forma przygody i rozrywki. Wcale nie narzeka na swój los gdy jest pod górkę. Śmiało mogę stwierdzić, że należy do grona kierowców wykonujących zawód z pasją. Widać w jej oczach błysk radości gdy opowiada o szczegółach pracy. Zdążyłem zauważyć, że najbardziej fascynują ja wyjazdy w nieznane, możliwie dalekie trasy.

Taka postać była bardzo potrzebna naszemu polskiemu truckingowi. Nie ujmując nie dziewczynom, które też wykonują ten zawód w naszym pięknym kraju (jest ich ponad trzy tysiące z uprawnieniami) Iwona po pierwszym swoim filmie nagranym na łapu capu przyciągnęła uwagę mediów. Same się do niej zaczęły dobijać. Niestety świadczy to wiele o stanie naszego społeczeństwa bo widok kobiety za kólkiem dużego to cały czas coś niesamowitego w kraju nad Wisłą. I dobrze! Może taka postać jak Iwona zadziała jak katalizator i media oraz reszta społeczeństwa zaczną w końcu inaczej nas spostrzegać a przy okazji da to przykład i natchnienie dla nowej generacji kierowców. Wiadomo, że nie stanie się to z dnia na dzień lub za pomocą jednej osoby ale według mnie coraz więcej pozytywnych ludzi zaczyna działalność w sieci przedstawiając naszą pracę i pomalutku ale skutecznie przestawiając stary stereotyp kierowcy na nowy. Tyle się narobiło tych kanałów i stron na FB, że sam już nie nadążam co gdzie i jak. Cieszy mnie to ogromnie.

Więc Iwona, aby nie zabrakło Ci chęci do dalszej działaności, gdyż uzależniłaś całą rzeszę fanów. Pomysłów z pewnością masz wiele w to nie wątpię.

Gdyby ktoś jeszcze potrzebował namiary na jej strony oto linki:
Strona FB: https://www.facebook.com/IwonaBlecharczykTruckingGirl

niedziela, 14 lipca 2013

Podsumowanie kolejnego sezonu.

W piątek poszedłem do pracy ostatni raz. Uffff, wielka ulga, gdyż ciśnienie pracy dookoła komina zaczyna mnie przyduszać. Nie, nie rzuciłem firmy tylko po prostu jak co roku czas na urlop. W normalnych okolicznościach trwałby on wiele dłużej niż moje marne dwa tygodnie ale na więcej nie mogę sobie pozwolić. Dla mnie wakacje mogą mieć takie miano tylko i wyłącznie gdy trwają minimum dwa miesiące (tak w ogóle to dążę do systemu pracy/wolnego 6 miesięcy na 6 i już jestem bardzo blisko osiągnięcia celu). W tym przypadku przymknę oko i uznam że dwa tygodnie będą wakacjami. Co zrobić, nie mogę sobie pozwolić na dłuższą nieobecność poza tym kontynentem. Z pewnością wiecie, że wspieram moją Mamę w walce z poważną chorobą. Korzystając więc z przerwy wakacyjnej i z jej w miarę dobrego zdrowia robię sobie wolne. Czas na odstęp w mojej działalności internetowej. Przerzucimy kartkę i zaczynamy nowy rozdział.

Kończący się sezon miał na celu przyjrzeć się bliżej negatywnym zjawiskom z jakimi zmaga się kierowca ale już na samym początku wszystko się wykoleiło. Nie miałem więc tak naprawdę okazji pokazać Wam to co mnie najbardziej wkurza w transporcie ciężarowym. Z drugiej strony, sytuacja w której obecnie się znajduję wcale nie należy do najprzyjemnieszych więc sądzę, że chcąc nie chcąc i tak wyszło nie najgorzej.

Wrzuciłem 27 filmów na YT w tym jeden off topic z samochodem osobowym, jeden wywiad w polskim radio w Montrealu, dwa lub trzy krótkie filmy na temat bzdur takich jak cofanie i tankowanie. Szlag. Jak to jest że ciągle chce Wam się to oglądać? Wydaje mi się że wałkuję non stop te same tematy i w ogóle rok temu jak wracałem z Polski nie sądziłem, że nakręcę i umieszczę tyle materiału w sieci. Owszem na moje urywki z życia kierowcy trzeba trochę czekać. Uwierzcie mi robię co mogę żeby zaspokoić Wasz głód ale jestem tylko kierowcą i człowiekiem. Doba, tydzień i miesiąć mają określoną liczbę godzin. Do tego jest potrzebna ogromna gimnastyka logistyczna, żeby wrzucić coś co ma sens i było zrozumiałe dla publiczności.

Muszę przyznać, że w świecie kierowców w sieci gotuje się w garnku i to całkiem konkretna zupa. Coś mi mówi że zaczynamy docierać do coraz większej liczby obywateli. Nie wszyscy przekazują rzeczy godne uwagi ale tak naprawdę każdy ma inny gust i upodobania. Przekonuje mnie to coraz bardziej, że kierowcy nie są wcale inni od innych warst społeczeństwa. Ale jednego jestem pewien: większość kierowców wykonuje swoją pracę z pasją i ogromną odpowiedzialnością.

Dobra koniec smętów czas na konkrety. Za chwilkę wsiadam w potrójną siódemkę pod barwami Air France, która zaniesie mnie na swoich potężnych stalowych skrzydłach przez Atlantyk. W tym roku również będzie mnie można spotkać w Opolu na zlocie europejskich truckerów. Będzie mnie łatwo znaleść, gdyż będę znajdował się obok tych ciągników. Zibi1541 (użytkownik z YT) czyli Kamil Opler zgodził się i pozwolił mi przy nich rozbić moje koczowisko: czyli krzesełko i ewentulanie jakiś mały namiot jak zacznie padać deszcz. Kamil też kręci filmy i wrzuca ja na YT. Zapraszam na jego kanał. Zresztą, na tym zlocie będzie więcej postaci, które niedawno pozytywnie ruszyły sferę kierowców w sieci. Spotkać będzie mnie można w sobotę i niedzielę. Mam dla Was małą niespodziankę, już o niej wspominałem na fejsie aczkolwiek nie starczy jej dla wszystkich.


Gdzie jest Master Truck i jak na niego dotrzeć? Zapraszam na ich stronę www: http://www.mastertruck

Na sam koniec krótki film z mojej wyprowadzki zmojego drugiego domu ;)
Do zobaczenia za tydzień!



poniedziałek, 1 lipca 2013

Rafał eko terrorystą?

Korzystając z wolnego czasu przeglądam komentarze, które dotyczą mnie. Nie tylko w moich filmach ale także u innych użytkowników oraz w różnych miejscach w sieci. To takie przystawienie ucha do ziemi i podsłuchania co się o mnie mówi: źle dobrze lub nie najlepiej. Z reguły nie zwracam uwagi na zwykłe hejty. Po co sobie tym zawracać głowę. Jeśli jednak ktoś dotknie wrażliwy temat szybko mi się pieni pod czaszką. Jestem tylko człowiekiem.

Nie strawiłem paru komentarzy, które oceniły mnie jako skrajnego ekologa lub mówiąc bardziej potocznie i pod publiczkę: eko terrorystę. Ten ostatni przypadek używa przemocy, żeby przedstawić swoje poglądy.  Według mnie użycie przemocy jako brak argumentu do dyskusji jest największym dowodem tchórzostwa jaki istnieje. Owszem, są pańswta na świecie, które stosują terroryzm państwowy ale to już całkiem inny rejestr i nie o to chodzi w moim wpisie. Nie mam też zamiaru rozwiązywać problemów ludzkości ale na temat ekologii i o zmianach klimatycznych czemu nie, moge się wypowiedzieć.

Nie należę do osób popadających w różne skrajności. Wręcz przeciwnie, do każdej kwestii staram się podchodzić z dystansem i wyrozumiałością. Nie zakładam z góry nic i jestem bardzo cierpliwy starając się zbadać dany temat z różnych kątów widzenia. Informacje czerpię z różnych źródeł. Skrajność jest bardzo niebezpieczna i to określenie najbardziej mnie dotknęło. No więc do sedna sprawy.

Zmiany klimatyczne? Jestem pewny, że mają one miejsce. Zawsze miały. Od kiedy Ziemia istnieje klimat się zmienia utrzymując pewną równowagę i ład. Czy aktywność człowieka od kilkuset lat ma wpływ na klimat? Z pewnością. Czy jest to złe? Cholera wie bo w sumie wszystko co się dzieje na Ziemi jest naturalne. Biorąc pod uwagę system finansowy w jakim żyjemy nie jest to opłacalne. Ludzkość w obecnej chwili żyje na kredyt, zużywając surowce, które się składały od milionów lat w szybszym tempie niż się odnawiają. Nie ma nic w tym złego, bo jak się skończą to po prostu homosapiens będzie musiał się kolejny raz podrapać po głowie i wynaleść inną formę przenośnej energii, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Co jest bardziej niepokojące dla rasy ludzkiej to prędkość z jaką zmienia zawartość CO2 w atmosferze oraz prękość i koszta z jaką będzie musiała się przystosować do nowych warunków na Ziemi. Nauka osiągnąła taki poziom, że nikt już nie kwestionuje wyników badań z odwiertów marchewek lodu, kóre uwięziły bąbelki powietrza z przed kilka milionów lat. Są one bardzo czytelne: poziom czterystu cząstek na milion nie został osiągnięty przez conajmniej 800 tysięcy lat wstecz a prawdopodobnie również nie przez ostanie 20 milionów lat. Dla sceptyków, którzy twierdzą że jest to tylko naparstek i nie ma żadnego wpływu na środowisko powiem tak: przestrzeń (atmosfera) w której żyjemy to mniej niż 10% całej objętości Ziemi. Pod naszymi nogami znajduje się więcej niż nad naszymi głowami. Pompujemy surowce z Ziemi w jej atmosferę i to nie jest że o, zniknie sobie. Najlepszą analogią do tego przykładu są nasze oceany. Ogromne i potężne, zajmują dwie trzecie powierzchni Ziemi. Jednak ilość odpadów i śmieci, które w nie wrzucamy nie znikają tylko się zbierają. Składy plastiku w oceanie Pacyficznym to nie żaden wymysł eko terrorystów. To rzeczywistość. Powierzchnie tych powiększających wysp są ogromne, parokrotnie przekraczając obszar Europy a głębokie czasami na kilometr. Oceany tak samo jak Ziemia to system zamknięty. Nie da się w nieskończoność wkładać śmieci pod dywan. Czy ludzkość przeżyje? Prawdopodbnie tak, ale nie obędzie się bez wielu tragedii typu wojen lub naturalnych kataklizmów. Ocieplenie klimatu równa się  mniejszą wydajnością produkcji żywności. I to też jest już widoczne od kilkudziesięciu lat. Spichlerz ludzkości zawsze miał w zanadrzu około dziewiędziesiąt dni żywności. W dniu dzisiejszym światowe zapasy, gdyby wszystko stanęło, wynoszą nie więcej niż siedemdziesiąt dni amciu amciu. Cyfry mówią same przez siebie. Według mnie można dużo korzystniej i inteligentniej korzystać z tego co zawiera nasza piękna niebieska planeta.

Zagłada ludzkości jest zaprogramowana i nie chodzi mi tutaj tylko o zmiany klimatyczne (człowiek wiele potrafi znieść i się przystosować). Za kilka milionów lat nasze Słońce odpali i warunki na naszej planecie nie będą zdatne dla naszego rodzaju. Albo się z Ziemi wyniesiemy albo utoniemy razem z nią. Ale to za parę kilka ładnych milionów lat. Mamy jeszcze czas, żeby sobie coś tam uświadamiać.

Nie lubię skrajności. Boję się ich wręcz, obojętnie jakiej natury one by nie były. Najbardziej przeraża mnie skrajność religijna. Zawsze twierdziłem, że fundamentaliści różnych poglądów (Islam i Katolicyzm oraz pieniądz razem wzięci) to największa choroba ludzkości. Najczęściej to oni dzielą ludzi i szerzą między nami nienawiść. Według mnie tolerancja i szacunek tradycji to podstawa.

Taaaaaaaaaa się rozpisałem. I powiem Wam: mimo moich poglądów i ekologii po ponad dwóch latach nie spożywania mięsa coraz bardziej chodzi mi po głowie kiełbasa z grila z odrobiną musztardy. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam, a trzymam się dzielnie. Jestem tylko człowiekiem, nikim więcej. Oczywiście to nie usprawiedlwia nieczego. Jedno jest pewne: od skrajności jak najdalej!

Motto: A mind is like a parachute. It's better when it's open.

wtorek, 18 czerwca 2013

Praca Kierowcy w Kanadzie dla Polaka, da się zrobić.

... Październik 2012: mój ostatni wyjazd w prawdzią trasę na daleki na zachód zanim moje życie weszło w kolejny ostry zakręt. Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz spotkałem go na truckstopie byłem nie tyle zdziwiony co zaskoczony. Gdy zapukał do mojej kabiny około szóstej rano poczułem się jak na parkingu w Europie a byłem przecież w Kolumbi Brytyjskiej w Kanadzie ...

Poznajcie Karola. Wiek: 25 lat, zawód: kierowca dużych składów od czterech i pół lat. Po Kanadzie i USA śmiga od zaledwie ośmiu miesięcy za kierownicą wypasionego Peterbilta. O Kanadzie myślał już od pewnego czasu; zawsze mu krążyła po głowie myśl, że musi się tam znaleść. I nie zawsze wydawała mu się do zrealizowania.






... Przedstawił się kulturalnie. Rafał? Mam na imię Karol, jestem z Łowicza (Łowicz, Łęczyca? Blisko myślę sobie!), znam Cię z Youtube i tak patrzę na bordowe Volvo, proporczyki, nigdy nie myślałem, że Cię tutaj spotkam na zachodzie.

Nie mogłem uwierzyć swoim uszom, w głowie szybko analizowałem sytuację i moje zdumienie rosło. Nie aż tak dawno byłem w Polsce na urlopie. Zawiesiłem się. W jakim trybie funkcjonować? Logika i relacje między kierowcami tutaj są o wiele inne. Czułem się jak na parkingu we Francji. Tak jakbym usłyszał pukanie do drzwi i znany już wszystkim zwrot: "Cześć kolego, pomożesz?" . Odruchowo zaprosiłem go do kabiny na kawę. Śmieszne, bo na truckstopie można kupić kawę a ta sypana, ugotowana na butli  całkowicie dodaje smaku i nastroju jak na europejskich szlakach.

Zacząłem wypytawać Karola co, gdzie i jak. Muszę przyznać, że z minuty na minutę zżerała mnie coraz większa ciekawość: jak on się tutaj znalazł? Jak mi powiedział, że jeździ jeszcze na polskim prawku wręcz zacząłem się zastanawiać czy nie ściemnia. Kanada chodziła mu po głowie już od paru lat. Zdawał sobie sprawę, że nie da się tego zrobić tak od ręki i kilkakrotnie sobie mówił, że to chyba raczej niemożliwe. Na moje filmy wpadł całkiem przypadkowo. Jest to standardowe pytanie, które zadaję każdemu kto mi mówi, że mnie zna z YT. Kiedyś gdy wracał z Włoch i w Austrii przyszło mu poraz pierwszy zakładać łańcuchy na koła. Jakiś kierowca mu powidział, że w internecie jest parę filmów na ten temat. Gdy wrócił do domu trafił na mój film w języku angielskim na temat łańcuchów. Od razu wyczuł że z moim angielskim jest coś polskiego i tym sposobem wpadł na resztę moich filmów.



Opowiadał mi, że siedział na przerzutach do paru tygodni, więc jak wpadał do domu na tydzień nie miał zbytnio czasu na dłuższe przesiadywanie w sieci. Po obejrzeniu paru moich  filmów wpadł na pomysł i ściągnął je oraz część mojego bloga na kompa. Zapoznawał się z moją działanością podczas pauz, które w Europie potrafią się cholernie wydłużać. I dalej mówił sobie, że nieeeeee, Kanada? To nie możliwe. Z drugiej strony mówił sobie: Kanada? Muszę tam kiedyś się znaleść i jeździć.

I pewnego razu gdy wrócił z trasy postanowił wziąć się konkretnie za sprawę. Po dwóch latach miał dość międzynarodówki, może nie tyle jazdy co klimatu oraz brak perspektywy na rozwój. Nie chciał wegetować tylko iść do przodu. Zaczął szukać w necie ofert pracy w Kanadzie i do każdej jednej firmy jaką znalazł w sieci wysyłał maile. Nie sądził, że dostanie jaką kolwiek odpowiedź. Odpowiedziało mu parę firm ale większość z nich myślała, że jest już w Kanadzie i nic z tego nie wyszło. Pewnego dnia w skrzynce znalazł odpowiedź od jednej bardzo małej firmy transportowej z British Kolumbi posiadającej zaledwie sześć ciągników. Właścieciel miał trochę wątpliwości co do jego kandydatury. Kręcił nosem: młody, doświadczenie trzy letnie, czyli ciut więcej niż minimum co wymaga tutejsze ubiezpieczenie, żeby puścić w Amerykę kierowcę ze sprzętem wartym ponad 100 tyś dolarów + ładunek.  Po wymianie paru maili doszło do rozmowy telefonicznej, w której Karol musiał się produkować w języku angielskim.

Mały nawias... Pracodawca kanadyjski, gdy chce zatrudnić kierowcę zza granicy ma pewne obowiązki prawne takie jak zapewnienie przelotu dla przyszłego pracownika oraz jego ewentualnego powrotu, zapłatę za wszystkie formalności związane z wymianą prawa jazdy oraz zapewnienie pierwszych tygodni życia tutaj. Karol wyczuł, że musi jakoś przełamać swojego szefa i zaoferował mu układ, stawiając wszystko na jedną kartę. Powidział mu wprost, że zapłaci sobie za bilet i to będzie dowodem że jest poważny i nie kombinuje.

I tak się zaczęło. Kupił bilet w jedną stronę, wsiadł w samolot i po parunastu godzinach lotu wkroczył na terytorium Kanady jako turysta (Polacy nie potrzebują wizy tylko wystaczy im paszport biometryczny żeby przebywać na terytorium Kanady do sześciu miesięcy). Na granicy celnicy tak od razu go nie puścili bo gdy powiedział, że przyjeżdża do pracy a w paszporcie brakowało mu pozwolenia do pracy wydawał im się bardzo podejrzany. Od razu wzieli go na przesłuchanie. Wytłumaczył im całą historię, wykazał się wystarczającą ilością funduszy na przeżycie paru tygodni w Kanadzie. Celnicy chcieli zobaczyć wszystkie jego maile z potencjalnym pracodawcą a nawet wykonali do tego ostatniego telefon. Po trzech godzinach trzepania był wolny. Z lotniska zabrał go przyszły szef i odwiózł do motelu. Później zaczęły się formalności z załatwianiem pozwolenia na pracę (WORK PERMIT czyli trochę inna wersja LMO ). Obcokrajowca nie może tego zrobić z terytorium Kanady (taka jest polityka imigracyjna tego kraju), więc szef zawiózł go na granicę ze Stanami gdzie od razu zrobił zwrót do tyłu (do USA też nie miał wizy) i znajdując się znów na granicy kanadyjskiej, przybywając z obcego kraju, przedstawił celnikom ofertę pracy z gwarancją zatrudnienia na dwa lata. Pozwolenie na pracę dali mu w ciągu trzydziestu minut. Później udali się do wydziału komunikacji w British Kolumbii i tutaj od momentu przyjęcia wniosku o wymianie polskiego prawa jazdy na kanadyjskie, zdaniu egzaminu teorytecznego na samochód i na duże, mógł zacząć realizować swoje marzenie: zasiąść za sterem amerykańskiej ciężarówki. Na jego polskie prawko naklejono numerek z tutejszą elektroniczną kartoteką i do momentu zdania egzaminu praktycznego mógł faktycznie poruszać się na polskim prawem do jazdy! Muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o przepisy ruchu drogowego, są pewne normy kanadyjskie, ale  egzekwowaniem ich odpowiedzialne są władze prowincjonalne. Każda prowincja ma swoje widzimisię i administruje na swój sobów według swoich potrzeb. British Kolumbia jeśli się nie mylę to jedyna prowincja, która  pozwala kierowcy jeździć na prawku zagranicznym do momentu załatwienia wszyskich formalności. Oczyście nie trwa to nieskończoną ilość czasu (do sześciu miesięcy). Karol zanim zdał wszystkie egzaminy jeździł na polskich kwalifikacjach przez prawie dwa miesiące. Później załatwił sobie wize do USA. Gdy już ma się stałe zatrudnienie w Kanadzie i podpisaną umowę na dwa lata z wizą do USA raczej nie ma problemu.

Cóż mogę powiedzieć więcej. Odważny z niego chłopak. Przez ostanie osiem miesięcy zjechał już większą część Ameryki, był na Florydzie, w NYC: miał tam ciekawe przygody ze słupami elektrycznymi ale wyszedł z tego cały bez żadnych szkód. Był na granicy z Meksykiem w El Paso i non stop połyka kilometry swoim żółtym ciągnikiem. Nie był jeszcze w Kaliforni, bo jego firma raczej tam się nie zapuszcza ale trafiają się kursy z Vancouver na Alaskę. Już mu mówiłem, że jak taki kurs dostanie to nie będę się do niego odzywał conajmniej przez parę tygodni. Będę gnił z zazdrości. Po roku pracy będzie mógł się starać o stały pobyt w Kanadzie, co mu otworzy kolejne drzwi gdyż nie będzie uwiązany tylko i wyłącznie u jednego pracodawcy. Choć wcale nie narzeka, jak narazie sobie chwali. Utrzymuję stały kontakt z Karolem, choć nie zawsze jest na to czas. Mijamy się non stop w trasie, gdyż jemu też trafiają się kursy do Chicago tyle, że z drugiego końca kontynentu. Spotkałem się nawet z nim gdy byłem na wypadzie nad Niagarą. Akurat stał po drugiej stronie w Ameryce i czekał na ładunek.

Pamiętajcie. Nie wszystkie marzenia nie są niedostępne. Karol jest tego żywym dowodem. Do odważnych świat należy!

wtorek, 4 czerwca 2013

Zarobki Oraz Schemat Finansowy Branży Transportu Ciężarowego w Quebecku w Kanadzie. Część Druga: Owner Operator

Owner Operator, czyli OO. Osoba prowadząca działaność gospodarczą oraz posiadająca ciągnik bez naczepy a czasami i naczepę ale o to już jest kolejny szczebel zarobkowy, więc zostawię tę opcję do opisania w kolejnym wpisie.

Tu zaczyna się świat i schemat gdzie zarobki idą automatycznie do góry ale uwaga, nie koniecznie zostaje więcej w kieszeni. Nabycie ciągnika to nie banalna sprawa i wymaga dużo więcej odpowiedzialności, rozsądku i odwagi niż zwykła jazda jako kierowca pracownik.

Najbardziej popularny i najłatwiejszy wariant pracy jako OO to jeżdżenie dla jednej firmy, która prowadzi działalność spedycyjno - transportową. Ciągnik jest zarejestrowany na firmę, której ciągamy naczepy. Ubezpieczenie, rejestracja i większość formalności jest załatwiane przez nich tak jak logistyka związana z ładunkami. Oczywiście paliwo i naprawy jak i utrzymanie trucka jest już naszą odpowiedzialnością. Korzystamy w pewnym sensie ze wszyskich przywilejów dużej firmy będąc prawie na swoim. Kwestia zarobków jest bardzo względna. Z reguły płacą stałą stawkę od kilometra ( a nie procent od danego frachtu) czasami dodając coś ekstra za nagłe skoki paliwa (NIE ZAWSZE a raczej prawie wcale) Rynek ładunków jest dość wyżyłowany i żeby istnieć w tym wariancie OO musi dymać kilometry. Dużo zależy od sytuacji finansowej w jaką się zapuścimy kupując własny ciągnik. Większość pracodawców wymaga mało zużyty sprzęt. Nowy ciągnik w naszych czasach to około 120, 140 tysięcy dolarów. Z reguły banki dają pożyczkę na 5, 6 lat i w zależności od ilości gotówki wpłaconej przy zakupie zostanie nam więcej lub mniej w kieszeni. Według mnie nie ma co się pakować w długi bez wpłacenia mniej niż 50% wartości sprzętu, którym mamy zamiar się poruszać. Wtedy raty wyglądają jeszcze  dosyć rozsądnie i człowiek nie ma noża na gardle. Nie ma nic gorszego jak świadomość, że nie można przestać jeździć bo zabraknie nam kasy na spłaty raty. Do tego zaczynając przygodę z własnym truckiem oprócz dużej kwoty przy zakupie ciągnika, warto mieć też rozsądną ilość wolnej gotówki w zapasie na awarie i naprawy. Nowy truck też potrafi się psuć jak jest niedopracowny. Nawet jeśli jest na krótkiej gwarancji (kilometry szybko się nabijają na tutejszych truckach: przeciętnie między 300tyś w pojedynce a 500tyś w podwójnej rocznie) to mimo, że naprawa nic nie będzie kosztować, gdy truck stoi w garażu i nie ciągnie ładunku, nie zarabia. Większość firm wymaga żeby sprzęt miał mniej niż pięć lat. Więc gdy spłacimy już ciągnik, firmy potrafią postawić warunek dalszej współpracy jako zmiana sprzętu na nowszy. Według mnie sprzęt sprawdzony nawet jeśli ma pięć lat, przy dobrej obsłudze i serwisie nie musi być wcale gorszy od nówki z salonu. Do tego kupując co jakiś czas nowe trucki trzeba zawsze liczyć się z ryzykiem, że wprowadzane technologie mające być mniej wadliwe czasami są totalnie nie dopracowane i okazują się ogromnym bublem. Korporacje wymagające w miarę młody sprzęt mają swój cel używając pretekstu obowiązku posiadania taboru, na który "można liczyć" Po prostu chcą uzależnić kierowcę, żeby miał co spłacać i żeby nigdy nie miał chęci zbyt długo próżnować (to tylko moja osobista wizja, nie każdy się z nią zgodzi) Nie jest pewien jaka teraz jest przeciętna stawka jeśli chodzi o OO w takim wariancie ale z pewnością są to większe pieniądze niż praca jako zwykły pracownik ale tez nie ogromne kokosy. Duże korporacje w Kanadzie i stanach typu England lub Trans X proponują kierowcom pracownikom współpracę, i pomagają kupić kierowcy ciągnik w leasingu dając im od razu pracę oraz oferując serwis i temu podobne.. To niby fajnie wygląda ale to nic innego jak zapewnienie sobie pewnego pracownika na kolejne pięc lat. Tak zwana pentelka na szyję.

Od dłuższego czasu przymierzam się do zakupu ciągnika i zostania OO. Stwierdziłem, że będąc żółtodziobem za kierownicą bardzo nieodpowiedzialnym by było pakować się od razu we własnego trucka zaraz po zdaniu kursu na prawo jazdy. Teraz po prawie dziesięciu latach pracy w branży widzę to wszystko bardziej trzeźwo i rozsądnie. Bacznie obserwuję sytuację na rynku oraz przygody moich niektórych znajomych z ich truckami. Przez dłuższy okres czasu nie pasowało mi to, że mając swojego trucka nie byłbym tak wolny jak teraz. Chcę to jeżdżę, nie chce to nie jeżdżę bez żadnych obowiązków. Perspektywa spłacania konkretnej sumki przez parę lat nie za bardzo uśmiechała mi się do stylu i trybu mojego życia. Do tej pory pracując w tej branży nie chodziło mi zbytnio o kasę tylko po prostu o jazdę hen przed siebie zwiedzając ile wlezie i przy okazji zapominając o wszystkich moich zmartwieniach. Taka niby ucieczka przed samym sobą. To był mój sposób na życie i w sumie dalej jest. Teraz owszem przymierzam się rozsądnie do pierwszego etapu OO ale chciałbym przeskoczyć go góra w dwa lata i wskoczyć na wyższy szczebel, OO z ciągnikiem i naczepką, najlepiej chłodnią. ALe o tym w następnym wpisie. Jeśli kupię trucka (moja obecna prywatna sytuacja w ogóle temu nie sprzyja) to będzie to z pewnością Volvo VN780 lub 880, dwu lub trzy latek za maksymalnie 60 000, 70 000$. Wtedy wpłacając około połowy gotówką, będę mógł go błyskawicznie spłacić w ciągu dwóch lat bez większego bólu ani presji i obowiązku dymania nieskończonych ilości kilometrów. Wiadomo, że muszę się liczyć z faktem, że trafią się jakieś awarie ale kto nie ryzykuje ten do niczego nie dojdzie. I jazda za przeciętne pieniądze płacone od różnych spedycji  powinna przy takich warunkach finansowych całkowicie starczyć ;)

poniedziałek, 13 maja 2013

Zarobki Oraz Schemat Finansowy Branży Transportu Ciężarowego w Quebecku w Kanadzie. Część Pierwsza: Kierowca Pracownik.

Już niejednokrotnie zadawiliście mi pytanie na temat moich zarobków. Według mnie nie są jeszcze najgorsze choć znajduję się na dolnym szczeblu "różnych sposobów" zarabiania w tej branży.
Szczeble czy etapy, diabli wiedzą jak to nazwać. Zaobserwowałem cztery główne i każdy z nich ma wiele wariantów w zależności od specyfiki, upodobań człowieka a nawet natury towaru przewożonego. Zaznaczam będzie to wpis dość ciężki do strawienia, gdyż ilość informacji zawartej jest dość tęga.
Dlatego więc podzielę ten temat na cztery różne wpisy żeby Was za bardzo nie przynudzić. 


Pierwszy najprostszy: kierowca pracownik płacony na godzinę lub od długości trasy. Sprzęt nie należy do niego. Warianty pracy: lokalnie, regionalnie i dłuższe trasy. Dwa pierwsze z reguły są płacone za każdą przepracowaną godzinę i kierowca codziennie wraca do domu. Stawka wynosi od 18$ do 25$ na godzinę i od tego oczywiście trzeba odliczyć podatek. Zaznaczę również że Québec to prowincja gdzie poziom opodatkowania obywatela jest najwyższym na terenie całej Ameryki północnej (wszystko razem wzięte: akcyza, podatek od zarobków VAT itd, itp). Oczywiście ilość i jakoś usług dostarczanych przez rząd jest na innym (wyższym) poziomie w porównaniu do innych prowincji lub stanów. Zarobek kierowcy zależy  więc od ilości godzin przepracowanych. Przeciętnie tygodniowo nie pracuje się mniej niż 50/60 godzin. Nie ma czegoś tak jak nadgodziny. To mały kruczek prawny zwinnnie skonstruowany przez rząd główny (Kanady) tylko i wyłącznie dla tej branży. Ostatni wariant kierowcy pracownika to wyjazdy w trasę. Płacone od każdego przejechanego kilometra plus kwota za załadunek, rozładunek i czasami za przekroczenie granicy. Każdemu kierowcy pracującemu w tym systemie należy się dieta, która nie podlega podatkom. Co jest ciekawe w porównaniu  do Polski to że podstawa jest dynamiczna: nie istnieje gdy się nie pracuje a gdy się pracuje jest proporcjonalna do tego co zarobimy.  W przypadku pracy na godzinę cała pensja jest podstawą. W przypadku wyjazdów około 2/3 zarobków jest wypłacanych jako podstawa do opodatkowania a reszta jako dieta prosto do kieszeni. Wszystko jednak zależy od pracodwacy i jaki ma system płacenia. Niektórym nie chce się wszystkiego liczyć i wypłacają całą pensję minus obowiązkowe podatki a rozlicznie diety z fiskusem zostawiają kierowcy na koniec roku. Na zdjęciach przykład mojej wypłaty gdy jeżdżę w trasę. Widać moją ostatnią wyprawę z Montrealu do Georgii i z powrotem. W sumie 4 doby, w których przejechałem 4565km czyli 2837 mil. Cała wypłata to 1080.03$. 733.33$ do opodatkowania plus 4% wakacyjnego. Po prawej różne składki: AE - bezrobocie RRQ - emerytura RQAP - składka na przedszkola. Pozostałe dwie pozycje to podatek od dochodu prowincjonalny i federalny. Kwota, która wpłynęła na moje konto to 891.39$. I tak mniej więcej wychodzi. 200$ dniówki na czysto po zapłaceniu wszystkich składek (żeby uczestniczyć w społeczeństwie, w którym się żyje) za każdy dzień w trasie. Wszystko zależy jak się układa praca. Nie przeliczajcie tych kwot od razu na złotówki. Zastosujcie bardziej przelicznik jeden do jednego bo koszt życia tutaj jest inny niż w PL i nie wydaję na życie PLN tylko CAD ;-)





środa, 24 kwietnia 2013

Mój typ odpoczynku.

Będę się relaksował pracując. Może to się wydawać dziwne, nie? Jednak przyglądając się bliżej moim ostatnim miesiącom pracy to chyba bardzo zrozumiałe. Dla człowieka, który żył tylko i wyłącznie dalekimi podróżami, kręcenie się dookoła komina nie tyle jest nude (bo da się w tym znaleść pewną formę przyjemności) ale po prostu męczące. Cały czas ci sami ludzie, te same firmy , te same dziury i korki w Montrealu. Nawet pogoda jest monotonna gdyż kompletnie zapomniałem że zima trwa długo i potrafi być dokuczliwa. Wcześniej, non stop przemieszczając się przez różne strefy klimatyczne, w żadnej nie zostawałem zbyt długo żeby do mnie dotarło że jest to uciążliwe.

Szef mi nie raz mówił, że jak będę miał ochotę to mogę wyrwać się z mojej obecnej jazdy za chlebem po mieście i ewentulanie wziąć jakiś krótszy a nawet dłuższy kursik. O dalekich zachodnich wyjazdach oczywiście nie ma mowy ale zawsze brałem pod uwagę króciaka. Nie zawsze synchronizacja między dostępnymi ładunkami a sytuacją i obowiązkami w domu pasowały.

Nie mniej jednak w tym tygodniu wszystko ułożyło się idealnie i z wielkim szczęściem i uśmiechem na twarzy spakowałem skromnie prowiant oraz ubrania na 2 i pół dnia, naładowałem kamery i ruszam przed siebie. Spokojny kurs do Indiany a z pewnością wyląduję gdzieś w okolicach Chicago żeby ładować z powrotem. Niby nudne tereny ale uwierzcie mi, tak bardzo drogę mam we krwi że sam fakt wyjazdu dalej niż 200km za Montreal jest podniecający. Fascynujące jest to uczucie. Prawie jak debiutant przeżywający swoją pierwszą trasę. Nie no przesadzam ale na serio dobrze mi takie odświeżenie dla umysłu zrobi.

Do tego szczęśliwy traf sprawił tak że powędruję w tą samą stronę razem z Allanem, gdyż jest w Montrealu i dzisiaj też ładuje do Indiany tylko ciut dalej niż ja, bo za Indianapolis. Jak za starych dobrych czasów 401 aż do samego mostu Ambassador w Windsor, ON.


Będę regularnie aktualizował stan mojego wyjazdu na Twiterze, więc możecie na bieżąco patrzeć co i jak.
Zatem naciskam przycisk opublikuj, zamykam kompa i zasuwam na bazę. Za dwie godzinki będę już sobie pykał po autostradzie :) Będę kręcił i może coś z tego wyjdzie :)
On the road again!

wtorek, 16 kwietnia 2013

Mała aktualizacja czyli co u mnie ostatnio słychać.

Niewiele, szanowni czytelnicy. Dlatego teoretycznie nie ma wspisów ani nowych filmów na YT. Nie znaczy to że Was zaniedbuję tylko po prostu nie mam zbytnio tematów do rozwinięcia. Nie lubię się powtarzać żeby Was nie przynudzić.

Tak, co słychać? Kręcę się jak ćma po Montrealu i jego okolicach. Poznałem chyba większość stałych naszych klientów i jeżdże na pamięć testując wytrzymałość mojego kręgosłupa na dziurawych ulicach tego pięknego miasta. Większość głównych ulic bardziej przypominają pola minowe. Najgorsza jest jazda samym koniem: rzuca truckiem niesamowicie. Czasami pasy bezpieczeństwa przydają się żebym nie walnął głową w sufit :P.

Na mapce dobrze to widać. Montreal, Montreal, Montreal i jeszcze raz Montreal. Przeciętnie pracuję po 10 godzin dziennie. Raz na dwa tygodnie wolny weekend albo pracująca sobota. Z rana przeważnie jadę na rozładunek, później coś pozbieram  i mniej więcej o piętnastej zjeżdżam na bazę. Często pod koniec dnia wsiadam na wózek widłowy i na naszym magazynie składam ładunki. Mam niezłą frajdę ale na dłuższą metę jest to męczące. Przygotowuję cały skład, czyli podczepiam ciągnik pod naczepę, później ją ładuję według grafiku ustalonego przez spedycję. Gdy waga jest na styk jadę jeszcze wszystko zważyć, żeby upewnić się że nie jest nic przeciążone i odstawiam gotowy sprzęt na plac. Podwójna obsada przychodzi i ma wszystko podane jak na tacy :) Najbardziej dokucza mi to że przez moje ręcę przechodzi wiele ładunków i wiem dokładnie gdzie one wszystkie idą (przypominam że nasza firma specjalizuje się w ładunakch na dziki zachód) W naczępę czasami ładuję aż po siedem zrzutek Wertuję moją pamięć i myślę którędy to wszystko powędruje i zaczyna mnie ciągnąć w trasę. Szef obiecał mi że jak wrócę na szlak z Kalifornią nie będzie się już dąsał i w miarę możliwości będę ją częściej dostawał.

Ale nie trasa jest teraz moim priorytetem, pewnie wiecie. Jestem szczęśliwy że mam tą szansę i w miarę normalnego pracodawcę. Wolne dostaję w te dni, które potrzebuję i cały czas jestem w zasięgu. W domu mogę być w godzinę.

Może niedługo sklecę jakąś małą produkcję. Chodzi mi po głowie film z muzyką i nie tylko. Może jeszcze jeden odcinek z jazdy po mieście. Może :) Bądźcie cierpliwi i wyrozumiali :) Bacznie obserwuję sytuację w sieci i pojawiła się kolejna ciekawa postać, którą warto śledzić na fejsie. Dziewczyna, która od ponad roku turla się po EU i z wielkim entuzjazmem przekazuje swoje przeżycia  z trasy. Jej sposób i forma jest bardzo orzeźwiająca. Robi świetne zdjęcia! Według mnie nasza branża potrzebuje więcej takich ludzi jak Iwona :). Oto link do jej strony: https://www.facebook.com/IwonaBlecharczykTruckingGirl


poniedziałek, 18 marca 2013

Gdy Tir wyprzedza Tira: List Otwarty do Senatora Roberta Dowhana.


W odpowiedzi na tekst, który spotkałem w sieci: http://robertdowhan.natemat.pl/51979,tir-wyprzedza-tira

Szanowny Senatorze. Zdumiewająca jest treść, a tym bardziej logika, jeśli jakaś w ogóle istnieje w pańskiej wypowiedzi na temat wyprzedzających się samochodów ciężarowych. Autostrada, to owszem miejsce służące do szybkiego przemieszczania się, ale nie jest ono tylko zarezerwowane dla samochodów poruszających się z maksymalną dopuszczalną prędkością. Chciałem również przypomnieć że Tiry nie jeżdżą autostradą za darmo, tylko płacą wielokrotnie wyższą stawkę niż zwykły czterokołowiec.
 
Stawiam Panu wyzwanie - proszę wskazać choć jedną rzecz w domu, która na jakimś etapie produkcji nie została przewieziona przez Tira. Domyślam się że wie Pan co to prawo grawitacji? Samochody ciężarowe są cięższe i normalne jest, że każdy ich manewr zajmuje więcej czasu. Czy wie Pan że w Europie istnieją absurdalne prawa, które ograniczają prędkość tych pojazdów do 89 kilmetrów na godzinę? Ciekawe jak by Pan się czuł jadąc swoim autem i przy dziewiędziesięciu kilometrach na godzinę, samochód którym Pan jedzie nie chciał więcej przyśpieszać?

Kierowcy dużych składów mają określony czas pracy i nie są na autostradzie dla przyjemności, tylko spędzają większą część swojego życia dowożąc dobra, potrzebne dla funkcjonowania polskiej gospodarki. To tylko ogniwo w całej siatce ale jak w łańcuchu, każde ogniwo jest niezbędne. Kierowcy Tirów spędzając nieskończone ilości kilometrów na szosach mają o wiele więcej doświadczenia w jeździe niż przypadkowy użytkownik samochodu osobowego. Kierowca Tira wyjeżdża z domu i nie ma go przy rodzinie przez parę tygodni, żeby Pan mógł spokojnie prowadzić żywot szczęśliwego konsumenta, znajdując wszystkie zbędne i niezbędne rzeczy na półkach w sklepach. Owszem, każdy kierowca zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest to łatwa praca ale żadna praca nie hańbi, czyż nie? Dlaczego więc nieustannie wszyscy chcą pogorszyć warunki pracy kierowcy i traktują ich jak potrzebne zło?

Może kierowca, który męczy się, żeby wyprzedzić innego Tira, od czterech dni wraca z Hiszpani licząc każdą minutę jazdy, żeby zdążyć na czas przed różnymi zakazami poruszania się, które zaznaczam w każdym kraju EU są inne. Robi to wszystko po to żeby nie utknąć gdzieś w polu po drodze z dala od rodziny. Może kierowca ten od tygodnia stara wrócić się do domu bo był w trasie i zmarł mu Ojciec. To na niego się Pan tak denerwuje trąbiąc lub jak większość ludzi unosząc do góry pewien palec ręki.

Poruszanie się na autostradzie, bez skrzyżowań, niesamowicie skraca czas podróży w porównaniu do naszych starych krajówek. Statystycznie, między miastami tranzyt ciężarowy jest dużo większy niż ruch samochodów osobowych. Dlaczego więc ci ostatni mieli by przywilej pierszeństwa? Kierowcy dużych składów cały czas muszą się zmagać z różnymi sytuacjami na drodze. W sumie czemu nie. Zróbcie zakazy jakie chcecie ale niech rynek zacznie płacić kierowcom za godzinę pracy a nie według diety lub z kilometra. Zobaczymy wtedy czy ten prężny transport będzie aż tak tani. Czy czas kierowcy jest wart mniej niż czas innego pracownika?

Przytoczę jeszcze mały przykład z życia na autostradzie. Będąc niedawno w Polsce miałem okazję poruszać się A2 na odcinku między Strykowem a Warszawą. Moim marnym Peugeotem zasuwałem dzielnie 145km/h, aż pięć kilometrów więcej niż dozwolona prędkość. Oczywiście wyprzedzałem inne auta ale moja prędkość była i tak zbyt mała dla siwego ułana na czarnym koniu (w tym przypadku jakieś wypasione Audi). Bardzo sugestywnie i agresywnie dał mi do zrozumienia, że nie podoba mu się, że jadę lewym pasem bo on jedzie dużo szybciej. Ciekawe tylko dlaczego gdy tylko przekroczy polską granicę i znajdzie się w Niemczech ten sam Pan nie pojedzie ani kilometr szybciej niż dozwolona prędkość. Autostrada to miejsce gdzie bezpieczeństwo jest i powinno zawsze być najważniejsze. Poruszanie się z większą prędkością pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność, gdyż każdy błąd przy tej prędkości może być tragiczny. Jak na Senatora, trąbienie żeby się odgryźć za stracenie paru minut na autostradzie to według mojej skromnej opini bardzo niedojrzałe.

Na koniec postawię Panu wyzwanie. Niech spróbuje się Pan zamknąć w małym pomieszczeniu, porównywalnym do kabiny Tira, przez choćby dwa tygodnie, mając ze sobą wszystko co potrzebne do przeżycia: jedzenie, wodę, kuchnię, łóżko, ubrania i temu podobne.

Wniosek, który Pan złożył wywoła ogromny gniew większości kierowców zawodowych. Przyjdzie taki moment, w którym powiemy sobie że mamy dość Waszych ustaw, które nie mają nic wspólnego z bezpieczeństwem.

niedziela, 10 marca 2013

Gala Blog Roku 2012.

Wsiadając w samolot nie miałem większych złudzeń ani oczekiwań. Gala była badzo dobrym pretekstem, żeby wyrwać się na tydzień do Polski i zapomnieć o rzeczywistości choćby na klikadziesiąt godzin. Zrobiło to dobrze mnie jak i mojej Mamie, która nieustannie namawiała mnie do wyjazdu. Ciężkie choroby mają to do siebie,  że diametralnie zmieniają tryb życia wielu osobom i jest to całkiem normalne. Każdy powrót do rzeczywistości pomaga, gdyż na tym polega psychiczna walka z chorobą a ta ostatnia, według mnie jest najbardziej skuteczna (zdrowie Mamy jak narazie się polepsza)

W stylu, który powoli sobie wyrabiam przemieściłem się do Warszawy: w dzień odlotu poszedłem jeszcze do pracy na parę godzin. Od siódmej rano do dwunastej rozładowałem dwie naczepy w Montrealu po czym szybki prysznic w domu, dwudziestominutowe pakowanie mini walizki i jazda na lotnisko. Montreal i Warszawę, dzięki idealnemu połączeniu lini Air France, dzieli tylko 10-11 godzin podróży.

Sama gala nie była dla mnie większą rewelacją. Muszę przyznać. że to nie moje środowisko: sponsorzy, komercjał i tak zwane "bling bling". Owszem, było dużo ciekawych postaci, których miałem okazję obserwować z bliska (tak jak piękną aktorkę Annę Muchę) ale poza tym, powiedzmy że cały hapenning nie wywarł na mnie większego wrażenia (odjąć występ grupy Me, Myslef and I). Miałem uczucie przebywania w towarzystwie znającym się już z wcześniejszych imprez; nawet jeden laureat żartem wyraził się w podobny sposób odbierając nagrodę: "Będąc finalistą już trzykrotnie, tym razem dziękuję za litość i za nagrodę". W pewnej chwili miałem uczucie że jestem  intruzem. Podczas odczytywania nominacji w mojej kategorii gdy z głośników padły słowa "polski kierowca ciężarówki za granicą" usłyszałem coś w rodzaju śmiechu pomieszanego ze zdziwieniem. No tak, w końcu o co chodzi temu kierowcy, do tego ciężarówki i jeszcze za granicą? W tym momencie mój rytm serca i tak był zwiększony, bo prezenter lub prezenterka, już nie pamiętam, mówiła o czymś takim jak pisanie o swoim życiu z pasją co całkowicie pasowało do mojej osoby ( i tutaj nie napawam się dumą tylko wzoruję się na Waszych komentarzach na temat tego co robię). Ten szczegół na gali potwierdził jeszcze bardziej moje przekonanie o tym że spostrzeżenie polskiego społeczeństwa na zawód kierowcy jest bardzo negatywny ale nie zamknięty. Mamy pole do manewru, musimy tylko umiejętnie się pokazać. Podsumuję mój pobyt na gali jako taktyczny rekonesans. Poznać lepiej sytuację, żeby podjąć skuteczne działania i przeciwstawić się temu osranemu stereotypowi: śmierdzący kierowca przygłup, przyszkadzający na drodze i niosący śmierć. Nosz cholera, czy każdy kierowca śmierdzi? Ktoś wącha wszystkich? Dość szybko po wręczeniu nagród ulotniłem się pozostawiając za sobą otwarty bar i smaczne przekąski. Muszę przyznać że grupa Onet bardzo ciekawie wszystko zorganizowała.

Nie wiem czy w przyszłym roku będę brał udział w tej imprezie, czy w ogóle zgłoszę się jeszcze raz. Prawdopodobnie tak, ale pomyślę czy jest to właściwy kanał do emitowania tego co mam do przekazania. Jeszcze raz chcę Wam podziękować za głosy, gdyż dzięki nim znalazłem się na tej gali i sama obecność tam była już ogromnym sukcesem. Nie jeden laureat zaznaczał jak bardzo dla niego był trudny ten etap a dzięki Wam, dla mnie był ogromnie prosty. Być może styl mojego pióra, zbyt wiele błędów ortograficznych lub może tematyka mojego bloga nie przypadła do gustu jororom. Bywa :)

Jeszcze jedne bardzo szczególne podziękowanie dla mojej kuzynki Justyny, która dzielnie towarzyszyła mi w całym procesie, od rejestracji w hotelu, szpanerskiej jazdy sponsorowanym Hammerem-limuzyną z niemalże całą śmietanką blogosfery (przynajmniej w tej wersji to auto jest ekologicznie-ekonomiczne przewożąc 24 osoby na raz) do całego przedstawienia. Justyna cholera gdyby nie Ty to musiałbym iść tam sam i prawdopodobnie bym nie poszedł :)


piątek, 22 lutego 2013

Zmiany czyli praca dookoła komina.

- Podczep się pod naczepę 45006 i przeciągnij ją do Metro. Jak już tam będziesz zadzwoń do mnie.
- Jasne nie ma sprawy.
40 minut później dzwonię i mówię: Masz tutaj dwa pustaki 4040 i 45008.
- Bardzo dobrze, weź podpisane dokumenty z biura dla obydwu z nich i przywieź je mi, przepustki włóż w znane Ci miejsce a następnie podpinaj 4040 i jedź na północ wyspy piętnastką, za 5 minut dostaniesz smsa gdzie ładujesz towar do Kaliforni.

Tak mniej więcej wyglądają moje rozmowy z dyspozytorem: szybko krótko i bardzo zwięźle. Z Allanem na niego mówiliśmy "wojskowy". Zanim do niego wykręcę numer mam przygotowaną kartkę i długopis. On nie czeka tylko od razu strzela cyframi i nie lubi powtarzać ich dwa razy. Facet wszystko ogarnia i to w takim tempie że czasami nie mogę wyjść z podziwu. Codziennie nabieżąco układa pracę dla trzech kierowców w mieście, trzymając ich bardzo krótko. Do tego zajmuje się grafikiem wyjazdów w trasę dla pięćdziesięciu ciągników. Niezła karuzela. Szlag go trafi prawie nigdy się nie myli. Jego styl rozmowy z kierowcami ma swoją logikę, bo pracownik ma mało czasu do namysłu. Szybka odpowiedź równa się mało czasu na przemyślenia i dość szybko można wpaść w pułapkę. W jednym zdaniu: ten dyspozytor uzyskuje prawie zawsze od kierowców tego czego rząda szanując ich w miarę. Taki człowiek w branży to rzadkość bo w transporcie nie ma litości.

 Od pewnego czasu jeżdżę tylko w mieście. Jakieś dwa tygodnie temu zwolniło się miejsce, i gdy szef zaproponował mi ten typ pracy nie zastanawiałem się długo. Będąc w sytuacji jakiej jestem, chora Mama, regularne wizyty u lekarza w szpitalu i chemioterapia, praca lokalna to idealna pozycja dla mnie. Codziennie w domu a nawet jak by miało się coś stać to jestem w bardzo bliskim zasięgu.

Lokalny tryb pracy w Prince jest dość łatwy. Przeważnie trzeba nawet nie rozładować tylko zrzucić naczepe u stałego klienta, odebrać pustaka i coś załadować w drodze powrotnej do bazy. Wariantów jest wiele ale z reguły dzień mija w mgnieniu oka. Czasami jedzie się gdzieś dalej, jak np do stolicy Quebecku. 

Kiedyś już pracowałem "na lokalu" w innej firmie ale schemat pracy był wykańczający. Miałem moje terytorium i dzień zaczynałem od rozwożenia towaru. Podczas tej czynności wpływały mi smsy z załadunkami do wykonania do końca dnia. Słowem mówiąc MASAKRA. Padały rekody 30, 40 zrzutek/załadunków dużym składem dziennie kręcąc się cały czas po tej samej dzielnicy. Fakt że naczepa była ciut krótsza (prawie tak jak europejskie) i miała drzwi podnoszone do góry, więc nie musiałem za każdym razem wychodzić z ciągnika żeby otworzyć drzwi, ale bez kitu po takim dniu pracy pół piwa i moje ciało było zwłokami. Ta praca miała też swój urok bo raz że było cholernie dużo akcji, a dwa że odkryłem prawdopodobnie wszystkie najgorsze i najmniejsze dziury w Montrealu. Nawet nie wiedziełem że istnieją takie miejsca i że co więcej, można w nie wjechać dużym!  Raz zdarzyło mi się nawet dowieść wodę mineralną na festiwal jazzowy w Montrealu w samym centrum miasta, między wysokimi drapaczmi chmur (choć w Montrealu one nie są aż takie wysokie). To był istny czad. Czasami wysyłali mnie też na zastępstwo kierowcy na wakacjach na inne terytorium za miastem. Trafiały się nawet zrzutki w lesie albo pod prywatnym domkiem letniskowym. Cóż każda firma ma swój tryb pracy. Jak do tej pory potrafiłem się odnaleść w każdej z nich. 

Natura Prince'a to chłodnie i długie dystanse. Dlatego praca w mieście nie jest tutaj aż tak wykańczająca. Jest w miarę spokojnie. Czasami pracuje się dwanaście godzin dziennie, czasami pięć, wszystko zależy od tego co przyjeżdża i wyjeżdża w dany dzień. Czasami wsiadam na wózek widłowy na magazynie lub podczepiam ciągniki pod gotowe naczepy żeby podwójna obsada mogła sprawnie wyruszyć. Z reguły początki tygodnia są dość spokojne a pracy przybywa pod koniec tygodnia kulminując w piątek. Wtedy wychodzi najwięcej ładunków na zachód. Normalne: podwójna obsada wsiada w trucka i może teoretycznie przeciągnąć towar gdziekolwiek na terytorium Północnej Ameryki. W pojedynkę też dobrze wychodzi: Floryda jest w zasięgu dwóch dni, zachód w czterech, więc kierowca będzie z drugiej strony w połowie tygodnia. Idealnie żeby rozładować, wykręcić pauzę i pod koniec przyszłego tygodnia załadować z powrotem. I tak to się kręci świat transportu... żeby nieświadomi i wredni konsumenci mogli pójść do sklepu i znaleść na półkach wszystko co jest im potrzebne do szczęścia i nieszczęścia.

Oto filmik z mojej pracy w Montrealu zanim jeszcze oficjalnie zacząłem jeździć dookoło komina. Pracowałem dorywczo ale przez najblższy czas tak będzie wyglądała moja rzeczywistość.


czwartek, 21 lutego 2013

Ciąg Myśli.

Ciąg myśli wynurzających się z mojej głowy czasami mnie zaskakuje. Ciekawa rzecz ta maszyna, którą jesteśmy. Człowiek to niesamowicie skomplikowany organizm. Wynalazek, który bardzo szybko potrafi przystosować się do nowej, drastycznie innej sytuacji lub z czasem powoli nakłada na siebie warstwy doświadczenia stające się instynktem. Setki tysiące kilometrów spędzone za kółkiem zmieniły nie jedną rzecz w moim ciele lub w moim myśleniu, tego jestem pewny.

Pomijając fakt że jestem już prawie cyborgiem i czuję każde kręcące się koło mojej maszyny, czytając ruch przede mną odbieram rzeczywistość całkiem inaczej. Nieświadomie rejestruję każdy szczegół, każdy mały błysk blisko i daleko. Czuję prędkość każdego pojazdu za i przede mną. Uwielbiam zatłoczone ale płynne autostrady. Wtedy wyłącza mi się myślenie, ale tylko na klikanaście minut.

Zastanawiam się skąd i dlaczego akurat w tej chwili celownik  powoduje tą a nie inną lawinę wspomnień i myśli. Czasami wytłumaczenie jest dość łatwe: usłyszana nuta lub znajomy zapach z dzieciństwa, to już nie raz było dokumentowane. Mnie bardziej ciekawią przypadki, gdy bez żadnej widocznej przyczyny myśli wchodzą na zdumiewające tory. Na pewno musi istnieć jakiś mechanizm, tego jestem pewny.

Myśli, migawki z miejsc, do których coraz częściej wracam, czasami całkowicie przypadkowo, czasami nieświadomie celowo. Nurt tego jest coraz szybszy. Różnie bywa w życiu, o tym się już nie raz przekonałem, ale ja lubię marzyć. I wciąż sobie marzę. Dziś 21, zatem wszystkiego najlepszego.

niedziela, 17 lutego 2013

Spotkanie z Kamisado.

O jego istnieniu wiedziałem już od dość dawna. Youtube ma to do siebie że dość szybko naprowadza człowieka na materiały idące mniej więcej z tym co nas interesuje. Więc gdy wrzucałem moje pierwsze filmy z muzyką jego filmy naturalnie przyciągnęły moją uwagę. Głównie były to urywki ze streamowania lub jakiś wypasiony film z muzą. Trochę chaotycznie ale gdy jego filmy coraz częściej wyskakiwały mi na pasku z boku w końcu załapałem o co chodzi i zrozumiałem że Kamil głównie zajmuje się nadawaniem na żywo ze swojego trucka.

Wystarczy skoczyć na jego stronę www.oczamikierowcy.com i tam w miarę często (w zależności od tego czy jest dobry sygnał i czy jedzie) można trafić na relacje. Podpatrywałem Kamisado i Hioba bardzo sporadycznie. Nie zawsze mam czas żeby ogarnąć wszystko co się dzieje w sieci. Muszę zaznaczyć że tempo życia od paru lat mam bardzo intensywne więc wybuchowa mieszanka pracy, wakacji oraz innych mniejszych projektów nie zostawia mi wiele czasu na czynne udzielanie się w różnych miejscach. I tak dobrze że czasami nadążam co jakiś czas skleić film i coś naskrobać tutaj. A domagacie się ciągle więcej :)

W wirtualnym świecie kierowców ostatnio bardzo dużo się dzieje! Cieszy mnie to ogromnie. Diabli wiedzą jak i kiedy ale pojawia się coraz więcej filmów, blogów i stron na fejsie o tematyce ciężarowej, prowadzonych przez kierowców obydwu płci w różnych częściach świata. Co jakiś czas odkrywam coś nowego. Mam z tego wielką satysfakcję i uczucie że coś się zaczyna powoli ruszać. Siła internetu może zmieni zdanie laików w Polsce i przekona ich że kierowcy to nie tylko śmierdzące proste gbury z łatwą pracą, tylko większość z nich to normalni ludzie wykonujący dość odpowiedzialny zawód. A zawód ten jest bardzo istotnym ogniwem w naszym społeczeństwie i gospodarce.

Co do samego spotkania. Kamil i ja, jak zresztą inni kierowcy, mamy pewną wspólną grupkę widzów i to najczęściej oni informowali nas o tym że jesteśmy blisko. W sumie to dzięki Wam spotkałem się z Hiobem i Kamilem. Pierwsza moja reakcja: nie byłem pewny czy ktoś sobie robi żart czy te dwie postacie faktycznie chcą się ze mną spotkać. Prowadzili od dłuższego czasu działaność w necie i jakiś tam Rafał nowicjusz z Kanady i jego filmy pewnie na nich nie zrobiły większego wrażenia. Co było ciekawe że gdy zacząłem rozmawiać z Kamilem miał dokładnie takie same wątpliwości co do mojej osoby :D

Cóż. Mogę tylko powiedzieć że spotkanie z Kamilem odebrałem bardzo pozytywnie. Nie uważam go za żadną konkurencję, tak jak nie uważam nikogo z kierowców za konkurencję. Każdy ma swój styl i pokazuje podobne ale czasami inne rzeczy. Wszystko razem uzupełnia się idealnie i to tylko kwestia czasu że z tego wszystkiego wykluje się coś całkiem innego. Dla mnie im więcej ludzi prowadzi działaność w sieci na temat dużych składów tym lepiej. Każdy pokazuje swoją rzeczywistość , osobowość i choć czasami pojawiają się różne postacie to jest to jedynie dowód na to że tak jak w innych warstwach społeczeństwa u kierowców nie jest inaczej. Są różni ludzie. Oszołomów wśród kierowców zawodowych tak samo jak wsród ludzi z wyższym wykształceniem nie brakuje. Wystarczy dobrze przyjrzeć się  naszej polskiej polityce. Czasami jest to wręcz żenujące.

W sumie przejechaliśmy z Kamilem, Ciunią i ich kotem jakieś 500 kilometrów. Pod koniec udaliśmy się na wspólny obiad do restauracji. Postawili mi więc następnym razem mam zamiar się zrewanżować. Kamisado należy do grupy kierowców wykonujących ten zawód z pasją. Jazda z nim jest przyjemnościa, gdyż w przeciwieństwie do niektórych kierowców nie narzeka aż tak bardzo na swój los. Często zdarzało mi się jeżdzić w konwoju i po kilkugodzinnym słuchaniu na radiu narzekania cały czas o tym samym, miałem ochotę całkowicie przestać jeździć. Serio, w naszym zawodzie jest od groma ludzi i nie wszyscy robią to przez pasję lub zamiłowanie. Dlatego jazda z Kamilem była wyśmienita bo pięc godzin jazdy nawet nie wiem kiedy minęły. I tak ma być.

No koniec, relacja za pomocą filmu, który skleiłem z różnych ujęć: mojej i mnóstwo kamer Kamila.







sobota, 9 lutego 2013

Skrzynia Biegów Niesynchronizowana

Gatunek skrzyni często, a nawet bardzo często, spotykanej na kontynencie północno amerykańskim. Jest to najbardziej praktyczna skrzynia dla ciągników przemierzających duże odległości i znajdujących się w różnych terenach. Stanowią one dobry kompromis dla maszyny, która ciąga różne ładunki.

Niestety, duże firmy transportowe coraz częściej kupują ciągniki z automatycznią skrzynią biegów. Jest wiele powodów, dlaczego tak robią, ale głównie chodzi o koszt ekploatacji. Nowa generacja skrzyni w Volvo (mój ulubiony producent ciągników ciężarowych, muszę się do tego porzyznać) I shift jest bardzo dobrze dopracowana i wydajna. Automat w przeciwieństwie do człowieka nie ma swojego temperamentu, więc sterowane komputerowo biegi (nie tak jak w poprzednich wersjach mechanicznie) mają przewagę i faktycznie potrafią zmniejszyć spalanie do minimum. Do tego rynek pracy (przynajmniej tutaj w Kanadzie) cały czas ma niedosyt. Niektórzy pracodawcy wychodzą z założenia że kierowca z mniejszym doświadczeniem mniej zniszczy sprzęt jeżdżąc na skrzyni automatycznej niż niesynchronizowanej. Do tej pory nie wiem czemu synchronizowane skrzynie takie jak w Europie nie są tutaj używane. 

Cóż, być może i automat jest wygodny w korkach lub daje więcej miejsca w kabinie. Owszem. Muszę przyznać że do tej pory jeszcze nie jechałem najnowszą wersją I Shiftu ale miałem okazję już kilka razy prowadzić trucka z automatem. I nie mogę się do tego przekonać. Największe wątpliwości mam zimą, gdy droga jest ośnieżona lub gorzej: oblodzona. Jestem cyborgiem więc stanowię część maszyny i poprzez skrzynię subtelnie czuję każdy jej ruch, zgrzyt i drganie. Sądzę że w końcu nie będę miał wyjścia i zacznę doceniać najnowsze automatyczne wynalazki (maszyna dość szybko przegania człowieka a i u  Prince'a wszystkie nowe trucki kupują z I shift) ale póki co cały czas ciągnę frajdę z machania wajchą i wczuwaniem się w sprzęt. Co do spalania, to dużo zależy od kierowcy, to fakt, ale nie tylko. Wszystkie małe szczegóły wpływają na spalanie tak jak system oczyszczający spaliny ( w moim obecnym Volvo to totalna porażka gdyż spalanie nie schodzi poniżej 35l/100km). Jeździłem na różnych sprzętach i zawsze na normalnych standardowych skrzyniach osiągałem najlepsze wyniki. Mój rekord na amerykańskim trucku to 28l na 100km przeciętnej a w Europie 26 litrów w różnych terenach z róznymi ładunkami.

Tyle wywodów. Teraz trochę praktyki i film, na którym pokazuję jak zmieniam biegi bez sprzęgła, co idzie dość łatwo w skrzyni niesynchronizowanej. Owszem mógłbym wciskać sprzęgło dwa razy ale cóż, czsasami jestem leniem.

sobota, 26 stycznia 2013

Instrukcja Obsługi.

Mojej osoby, a raczej mojej działaności w sieci. żeby dobrze śledzić moje poczynania w trasie używam głównie trzech przyrządów: blog, funpage na Facebooku oraz Twittera. Jest jeszcze Instagram ale tego używam bardziej sporadycznie.

A więc po kolei. Blog. Tutaj utrwalam dłuższe moje wywody i przmyślenia. Gotują mi się pomysły w głowie, aż w końcu siadam i piszę, żeby odciążyć mój mózg. Tutaj najczęściej rozwijam mój światopogląd poprzez oczy zwykłego kierowcy. W sumie blog jest punktem centralnym gdzie można znaleść wiele informacji. Pewnie wiecie że zaczynałem moją działaność w sieci na kanale Youtube: http://www.youtube.com/nolibab3. Blog i funpage na Facebooku powstał z Waszej iniciatywy, nieustannie domagając się więcej na temat mojej osoby. Cóż, mam wymagających widzów i zawsze będę starał się w miarę możliwości o Was dbać.

Funpage na Facebooku: https://www.facebook.com/nolibab3  jest bardziej na luzie. Na tej stronie prawie że na bieżąco ciekawostki z trasy takie jak zdjęcia oraz wydarzenia. Dość regularnie piszę tam jakieś bzdury i myśli, które są bardziej spontaniczne (czasami żałuję).

Twitter. Mam dwa konta. Jedno widać w okienku na blogu z prawej strony. Konto https://twitter.com/SWnolibab3 jest związane tylko z pracą. Niestety nie odpowiadam na nim na tweety ani nikogo nie followuję (głównie ze względu na to że wszystko co napiszę wyskakuje tutaj na blogu). Nie trzeba mieć konta na Twiterze żeby czytać co tam piszę. Można kliknąć na link wyżej lub zaglądać tutaj na blog. To konto Twittera i mapa  Lattitude na samej górze blogu stanowią idealną kombinację żeby dojść do ładu dokąd i po co jadę. Gdy jestem w trasie krok po kroku przedstawiam to co robię. W sumie co tu dużo gadać: albo śpię albo jadę. Mam jeszcze drugie konto na Twiterze:  https://twitter.com/nolibab i tutaj owszem jestem interaktywny. Piszę tam w języku polskim, angielskim ale głównie francuskim. Rzeczy, które mnie interesują, informacje z całęgo świata albo luźna rozmowa na każdy temat.

Kanał Youtube. Od tego wszystko się zaczęło. Jakieś pięc lat temu chciałem zrobić coś żeby został jakiś ślad z moich podrózy i zacząłem od wrzucania filmów z podkładem muzycznym (filmy były i dalej są ukształtowane moją duszą marzycielską i skierowane ku marzeniu...). Później zmontowałem dwa filmy z mojego pierwszego doświadczenia w Europie w tym jeden film , w którym mówię po angielsku. Ktoś (nick: driv99 czy jakoś tak, przepraszam już mi wyleciało z głowy) z Polski mnie wyczaił i napisał z prośbą o zrobieniu podobnego filmu tylko na temat jazdy w Ameryce. I tak się zaczęło. Później dzięki łączeniu i podrzucania tematów przez YT dowiedziałem się o istnieniu Hioba i innych kierowców, którzy przede mną prowadzili działalność w sieci. Z czasem moje filmy trochę zmutowały do obecnej formy. Póki będzie Wasze zainteresowanie i będę miał uczucie że przekazuję Wam coś nowego i ciekawego będę kręcił dalej.

Tyle z instrukcji. Na koniec mój najnowszy film z wyjazdu do Chicago w zeszłym tygodniu. Ci, którzy bacznie śledzili moje konto na Twiterze będą wiedzieli  że na końcu filmu nie było dokładnie tak jak to opisuję w filmie. Ale to tylko malutka róźnica, muszę trzymać jakoś formę. Dzisiaj wyjeżdżam do Georgii. Mam tam być w poniedziałek rano, jakieś 2300km dalej. Mam już zaklepany ładunek powrotny więc zapowiada się na szybki dłuższy kursik. Potem tydzień wolnego.

Ahhhhh i jeszcze naprawdę na sam koniec biorę udział w konkursie "Blog Roku": http://www.blogroku.pl/2012/kategorie/-b-polski-b-b-kierowca-b-ciezarowki-za-granica,2xf,blog.html
Ci, którzy jeszcze tego nie zrobili a mają ochotę nagłośnić trochę mojego bloga, żeby inna część społeczeństwa, nie tylko ta "z branży" dowiedziała się o życiu przeciętnego kierowcy tutaj na kontynencie Północno Amerykańskim ale przedstawiającego również ogólnie życie kierowcy zawodowego, mogą oddać głos wysyłając smsa o treści A00448 na numer 7122. Koszt to 1.23PLN i kasa nie idzie do mnie tylko na bardzo dobry cel.

sobota, 19 stycznia 2013

Granica Kanadyjsko Amerykańskia.

Przekraczanie jej nie jest najprzyjemniejszą czynnością w mojej pracy. Nie mam raczej wyjścia: w każdej podróży przekraczam ją dwukrotnie ciągnąc ładunek do i z raju zwanym Stany Zjednoczone. Nawet gdy nie jestem za kierownicą dużego składu, tylko jadąc osobówką czy lecąc samolotem, odprawa przy wjeździe do USA nie należy do najmilszych chwil. Wjeżdżając do Kanady jest ciut inaczej i ze względu na to, że wracam do kraju, którego mam obywatelstwo ilość pytań oraz ciekawość celnika jest większa gdy wracam prywatnie a nie, tak jak w większości moich przypadków, służbowo. W sumie mogę sobie narzekać bo i tak jestem świadomy, że taką granicę jaką mamy tutaj jest marzeniem wielu kierowców z Polski jeżdżących na wschód.

Zacznijmy od wjazdu do USA. W ciągu ostatniej dekady bardzo dużo się zmieniło jeśli chodzi o odprawę dóbr komercyjnych i przemysłowych. W sumie na lepsze dla kierowcy, gdyż ma mniejszą odpowiedzialność jeśli chodzi o poprawność dokumentacji, którą przedstawia celnikowi a i czas odprawy naprawdę się skrócił. Jakieś 10 lat wstecz można było wszystko załatwić na granicy: kierowca musiał wiedzieć do jakiej spedycji (brokera) się udać (w zależności od tego jaki ładunek się wiozło) i na końcu odprawić się u amerykańskich celników. Kierowca miał obowiązek upewnić się że ma wszystkie dokumenty choć czasami celnicy wymagali pism, o którym nikt nie miał pojęcia. Do tego sam kierowca musiał wypełniać manifest, na którym były zawarte inforamcje o ciągniku, naczepie, kierowcy oraz ładunku. Ten manifest sprawia tak, że cała odpowiedzialność tego co znajduje się w składzie spada na kierowcę.

Z czasem wymyślono procedurę "Line Release" czyli w wolnym tłumaczeniu: cło na bramce. Częste ładunki oraz te nie przedstawiające dużego ryzyka dostawały kody kreskowe do dokumentacji i wszystkie formalności były załatwiane w mgnieniu oka bez wychodzenia z trucka. Po tragicznych wydarzeniach 11 września stoponiwo zaczęły wchodzić w życie ulepszenia mające na celu poprawę bezpieczeństwa oraz skrócić czas odprawy na granicy. Najpierw wprowadzono system PAPS czyli "Pre Arrival Processing System" (system wczesnego przetwarzania). Od tego momentu nie można było się stawić na granicy od tak, bez zapowiedzenia. Trzeba było wszystko przygotować wcześniej, wysyłając dokumenty faksem do spedycji i upewniając się zanim znajdziemy się na granicy, że wszystko zostało załatwione. Wtedy najczęściej bywało, że ładunki cofano z granicy.

Od czterech lat zwykły papierowy manifest został zastąpiony wersją elektroniczną. Musi on być wysłany elektornicznie zanim truck stawi się na granicy. ACE (Automated Commercial Environment) manifest ułatwił nam niesamowicie pracę, gdyż już nie kierowca jest odpowiedzialny za wszystkie sprawy papierkowe. Jedynym naszym obowiązkiem w chwili obecnej to przekazanie naszemu pracodawcy wszelakej dokumentacji i to on musi dokonać wszystkich formalności, żeby ładunek mógł przekroczyć granicę. Jeśli coś pójdzie nie tak to nie tylko truck może zostać cofnięty z granicy ale przwoźnik naraża się na karę o wysokości 5 tysięcy USD. Oczywiście jest pewna tolerancja, bo już parokrotnie coś tam mi nie przeszło i spedycja na miejscu poprawiała błąd. Skończyło się tyko na ostrzeżeniu dla firmy a ja pojechałem dalej.

Więc skąd te niemiłe chwile? Jak do tej pory wszystko wygląda w miarę łatwo nie? Amerykańscy celnicy, kanadyjscy zresztą też, potrafią być bardzo nieprzyjemni. Nie mam tendencji do generalizowania ale częściej spotyka się tych, którzy doskonale sobie zdają sprawę z nadmiaru władzy jaki posiadają i przyjmują do tego odpowiednie zachowanie. Rzadkością nie jest podnoszenie głosu i traktowanie człowieka jak bydło. Z celnikami się nie żartuje, chyba że oni sami zaczną. Niektórzy są mili i spytają się nawet o samopoczucie, wykonują swoją pracę rzetelnie i fachowo ale to mniejszość z nich. Niestety to część gry. Celnicy i policja w USA mają prawo zatrzymać, przeszukać każdego obywatela na ich terytorium i trzymać ich ile im się tylko podoba nie stawiając żadnych zarzutów. Oczywiście to najbardziej skrajny przypadek ale jest to możliwe skutkiem praw przyjętych po atakach w roku 2001. Zadziwiające jest że społeczeństwo amerykańskie, gdy dla "bezpieczeństwa" jest pozbawiane praw cywilnych nawet nie drgnie palcem ale gdy chodzi o logiczną i rozsądną kontrolę nad bronią palną krzyczą o skandalu i tyranii rządu. Cóż Stany Zjednoczone zawszy były miejscem wielu skrajności i paradoksów.

Wracając do procedury przekraczania granicy z ładunkiem do USA. W skrócie. Podjeżdżam pod bramkę i przedstawiam wydruk elektronicznego manifestu celnikowi. On już zdążył wystukać numer rejestracyjny mojego ciągnika i na ekranie wyskoczyły wszystkie informacje o mnie, (nawet moje zdjęcie, gdyż zamiast paszportu używam specjalnej karty FAST, wydaną przez USA po małym wywiadzie w obecności celników kanadyjskich i amerykańskich), ładunku i tak dalej. Teraz zada parę pytań typu gdzie się urodziłem albo jakie jest moje obywatelstwo lub co wiozę albo jeszcze gdzie jadę. Zawsze mnie to zastanawiało, gdyż na podstawie informacji zawartych w manifescie wie o mnie wszystko. Te pytania i ich zachownie mają bardziej na celu sprawdzić czy jestem nerwowy i czy przypadkiem czegoś nie kombinuję. Później jest parę wariantów: mogą od razu mnie wpuścić na ich terytorium, wysłać na prześwietlenie, lub cofnąć pod rampę celem dokładnieszego przyjrzeniu się ładunku. Osobiste przeszukanie kabiny też się trafia. W większości czasu ich zautomatyzowany system decyduje o tych różnych wariantach, ale celnik również, jeśli ma wątpliwości, może sam zdecydować i coś nam wymyśleć. Najgorzej jest gdy wiezie się żywność lub produkty, które muszą dostać pozwolenie na wjazd od FDA (Food and Drug Administration) lub Agriculture (ministerstwo rolnictwa). Te organy nie są obecne na każdej granicy i nie są otwarte 24 godziny na dobę. Przeważnie gdy ciągnie się tego typu ładunek przewoźnik wysyła nas na taką granicę i o tej porze żeby wszystko było w razie czego otwarte.

Do najbardziej niemiłych chwil spędzonych na granicy wjeżdżając do Ameryki zaliczam dwa przypadki. Pierwszy gdy jechałem z rolkami papieru do drukarni. Ładunek eleganco odprawiono mi od razu na bramce ale wtedy celnicy mieli taką procedurę że przy tego typu towaru zaglądali do naczepy. Kazali mi podjechać grzecznie do przodu, otworzyć drzwi i stanąć metr obok pod murkiem. Co zrobiłem biorąc ręce do tyłu między moim tyłkiem a murkiem. Przy czynności sprawdzania naczepy było chyba z pięciu celników. Dwóch z nich pilnujących mnie jak jeden mąż wycelowało we mnie bronią wrzeszcząc: "Put your hands so I can see them!" (weź ręcę tak żeby je było widać). Powiedzmy że uczucie bycia na muszce nie jest fajne, sądzę że zrobiłem sie ciut blady. Drugi to jak spędziłem pod rampą 10 godzin podczas czynności rozładunku i załadunku calusieńkiej naczepy poduszek w pudełkach (nie na paletach) po to żeby pies celnika obwąchał je w 10 minut i stwierdził że mogą je ładować z powrotem. Przez conajmniej 5 godzin zastanawiałem się czy w towarze, który wiozłem ktoś nie chciał czegoś przemycić. Mimo plomby jaka jest na ładunku za wszystko odpowiada kierowca.

Teraz granice przy powrotach do Kanady. Od paru miesięcy też wymyślono nam elektorniczny manifest co również ułatwiło nam pracę. Zamiast ACE nazywają go ACI (Advance Commercial Information) i nasz przewoźnik musi wszystko załatwiać. Nie jest to złe, gdyż według mnie praca kierowcy polega na bezpiecznym prowadzeniu składu a nie załatwianiu wszystkich innych biurokratycznych formalności. Zamiast PAPS w Kanadzie jest PARS (Pre Arrival Release System) i tak dalej. Jedynie frekwencja niemiłych celników jest mniejsza albo po prostu nie zauważam tego, gdyż przekraczając granicę do prowincji innych niż  Quebeck zawsze staram się podjechać pod bramkę z usługami w dwóch językach i domagam się języka francuskiego. W Kanadzie jest takie prawo że każda placówka rządu federalnego ma obowiązek obsłużyć obywatela w dwóch oficjalnych językach: angielskim i francuskim.To dziedzictwo byłego premiera Ś.P. Pierre Elliot Trudeau, który z Kanady chciał zrobić państwo dwujęzyczne, którym niestety Kanada długo jeszcze nie będzie. Zresztą, wracając do Kanady celników z reguły najbardziej interesuje czy nie przywozimy więcej alkoholu lub tytoniu niż pozwala na to prawo. Prześwietlenie, wycofanie się pod rampę czy przeszukanie kabiny też się zdarza.

Tyle mojej wiedzy i spostrzeżeń na temat tej granicy, którą ostatnio przekraczam dość często. Nawet znajdę się na niej za ciut więcej niż 24 godziny, gdyż jutro rano wyjeżdżam do Górali i innych przedstawicieli polskiej nacji w Chicago. Szybki kurs jeden dzień i opary jazdy w jedną stronę. Niżej film, który nagrałem już dawno dawno temu i wiadomości są ciut nieświeże ale jeszcze w miarę aktualne. Na końcu kamera ustawiona na mnie podczas odprawy z celnikiem.