piątek, 21 lutego 2014

Proza Kierowcy

Jeżdże we wszystkie strony, non stop uciekając przed myślami, które nie dają mi spokoju. Droga, którą dobrze znam przez te ostatnie lata nauczyła mnie wiele. Dała mi ukojenie, moc oraz wiarę w siebie. Dziwne, że przeciąganie ładunków z jednej części kontynentu na drugą może w taki sposób działać na duszę człowieka. Droga jest i będzie, to kolejny pewnik w moim życiu, wiem dokładnie co od niej oczekiwać i kiedy na nią uważać. Najlepiej czuję się w miejscach gdzie jestem sam na sam z nią. Niecierpię śladów gospodarczych człowieka na naszej ziemi. Potrafi wszystko zaszpecić w imię postępu oraz rozwoju ekonomicznego. Zyć w symbiozie z ziemią, która jest oazą dla życia to jest dopiero sztuka, ale może być za późno zanim homosapiens zauważył ile zła wyczynił. Właśnie w takich miejscach z daleka od zgiełku sam na sam z drogą, wracają do mnie te myśli, z którymi już nauczyłem się żyć. Dziś 21, zatem wszystkiego najlepszego.

Powrót na Szlak

W końcu trzeba było. Nie traciłem dużo czasu, tylko po przylocie z Polski, trzy dni później ruszałem już w trasę. Nie chciałem spędzić za dużo czasu w domu, choć pomału zaczynam się oswajać z rzeczywistością. Większego wyboru niestety nie mam.

Pierwszy wyjazd był od razu z grubej rury, prosto na drugie wybrzeże w północnej części Stanów Zjednoczonych. Miałem trzy miejsca rozładunku: Montata, Oregon i Waszyngton. Poszło jak z płatka. Pierwsza trasa przywitała mnie zimą czyli śniegiem, gołoledzią i różnymi dziwnymi zjawiskami klimatycznymi. Podobno zima w tym roku była dość ostra na tym kontynencie, jak widać pod jej koniec nie chce sobie odpuścić, więc i ja zaliczam jej kaprysy. Ale co tam, jazda po suchej nawierzchni jest nudna i monotonna. Trzeba mieć jakieś wyzwania a wtedy czas inaczej mija i umysł nie ma czasu na smutne myśli tylko żyje żywiołem sytuacji.

Trochę się martwiłem, bo szef na wstępie wspominał o kursach najdalej na Florydę tłumacząc, że mój truck ma już za duży przebieg (milion czterysta tysięcy km). Mówił mi, że zrobię pare krótkich tras, będę mu pomagał ładować naczepy w piątki (bo podobno robi to teraz sam :D) a jak przyjdą nowe trucki, zmienię konia na nowszego i będę śmigał po całej Ameryce jak wcześniej. Powiedziałem mu, że czemu nie, w sumie ja lubię robić wszystko, ale żeby za bardzo się nie przyzwyczaił do mojej obecności na wózku widłowym gdyż nie mam już obowiązku bycia na miejscu. Skończyło się jak skończyło i pierwsza trasa była wyjazdem na zachód. W trasnsporcie wszystko jest bardzo dynamiczne i często się zmienia. Mnie tam nie przyszkadza: mogę mu robić zachodnie stany, zachodnią Kanadę, Florydę, Chicago, co tylko zechce. Lubię czasami tak nie wiedzieć gdzie jest mój następny kurs :)

Więc, trochę fotek oraz dwa odcinki filmu (w sumie będą chyba cztery odcinki), które nagrałem podczas tego ostatniego wyjazdu. Teraz jestem już w drodze i zdążyłem zrobić już połowę  dystansu znów na północny zachód USA :), tym razem do Seattle,WA. Więcej szczegółów w okienku Twittera po lewej u góry :)


Montana na I90 blisko granicy z Idaho


Załadunek drzewek w okolicach Portlandu w Oregonie

Dojazd na załadunek w Oregonie.

Autostrada I84 w Oregonie. Droga powrotna.




czwartek, 6 lutego 2014

Shift

Tak określam przestawienie mojego umysłu, gdy wyjeżdżam z Polski i ląduję w Montrealu. To tylko piętnaście godzin podróży, czasami nawet mniej. Około 9-10 godzin czystego lotu, trzy godziny na dojazd  plus godzinna przesiadka na jednym europejskich lotnisk. Montreal niestety nie ma bezpośredniego połączenia z Warszawą. Najczęściej przesiadam się w Paryżu, cena biletu oraz czas połączenia wypadają mi korzystnie. Cała podróż od drzwi do drzwi trwa mniej więcej 15 godzin.

Zmiana kontynentu, staje się coraz bardziej normalna. Tu czy tam, nie czuję większej różnicy w nastroju. Wcześniej moim marzeniem były częste podróże do Ojczyzny, teraz kombinuję nad tym żeby spędzać tyle samo czasu w każdym miejscu. Nie wyobrażam sobie całkowicie zrezygnować z Polski lub z Ameryki Północnej. Żyję w Montrealu ponad dwadzieścia lat, po amerykańskich szosach rozbijam się już prawie dziesięć, dziwnie by tak było pomyśleć, że nigdy tu nie wrócę. Jak narazie realizuję mój plan, czyli pracować stopniowo mniej, biorąc coraz więcej wolnego. Jestem na etapie 9-10 miesięcy pracy, 2-3 wolnego. Ostatecznie chciałbym spełnić moje marzenie i dotrzeć do systemu sześciu miesięcy normalnej pracy i sześciu miesięcy wolnego.

Co miałem na myśli pisząc "shift"? Wiadomo, jest parę różnic między Polską a Kanadą mimo tego że czuję się w obydwóch miejscach naturalnie. Pierwsza to taka, że wracam do trybu pracy zasuwania godzinami za kółkiem i do pewnej normalności. Wiadomo, że nic ani nikt nie przywróci mi Mamy, ale zmiana trybu pracy jest dla mnie dobrą wiadomością. Poczuję się znowu w moim żywiole i długie podróże dostarczą mi pewnej dawki ukojenia. Zawsze gdy w życiu dostawałem w kość lub było mi pod wiatr, droga i życie jakie ona oferuje sprawiały, że było mi łatwiej.

Pierwszy wyjazd jest już dziś popołudniu. Pierwsza dostawa w poniedziałek w Montanie, później parę kolejnych w Oregonie i Waszyngtonie. Jeszcze dobrze nie wiem co i jak.  W Prince panuje wielki bałagan, jak to zwykle bywa gdy mają nadmiar pracy. Wracam na mojego czerwonego konia, coś tam szef wspominał, że ma duży przebieg, że będzie mnie wysyłał z tego względu bliżej, ale między wczoraj a dzisiaj najwyraźniej zmienił zdanie bo Waszyngton to na drugim końcu kontynentu. Niedługo mają przyjść nowe ciągniki do firmy, drugi szef brzdąkał o zmienie sprzętu. Czy na nowy nie wiem, może po prostu na nowszy. Ale ja będę się trzymał rękoma i nogami mojego czerwonego Volva, gdyż skrzynia biegów manualna najbardziej mi odpowiada. Do tego to sprawdzony sprzęt, choć jestem pewny, że po mojej dwu miesięcznej nieobceności na początek walnie jakiegoś focha. Zawsze tak robił, zobaczymy.

Kamery zapakowane, cały burdel rzeczy potrzebnych do życia w trasie już w samochodzie, zaraz wsiadam i ruszam przed siebie. Dzisiejszy dzień będzie trochę chaotyczny: załadować się w ciągnik, poukładać wszystko tak jak powinno być, przynajmniej prowizorycznie. Resztę będę robił po trochu w wolnych chwilach na koniec dnia jazdy. To tak jakby wprowadzać się stopniowo do drugiego domu. No szlag, bo to jest dom na kółkach :D

Na koniec dla rozrywki, film opowiadający moją podróż z Łęczycy do Montrealu, która miała miejsce dokładnie trzy dni temu.

SIO w trasę, mówię ja!