czwartek, 11 września 2014

Trzecie wakacje Peużotem 306

Małe autko, fajne autko. Nie do zdarcia. Muszę przyznać, że inwestycja o wysokości 5 tyś PLN w roku 2011 całkowicie mi się zwróciła. Autko przewiozło mnie przez całą Skandynawię w 2011, przez większość wschodniej Europy aż do wrót Azji w Istanbule w 2012. W tym roku pomogło mi zdobyć cały półwysep iberysjki i nie powiem jestem pod wrażeniem widoków jakie tam zobaczyłem.



Pierwszą część podróży polegała na dość szybkim  "podjeździe" do Hiszpani gdyż większość północnej Europy już znałem. Nie mniej jednak postanowiłem pojechać na przełaj przez Alpy, gdyż w Szwajcarji, poza szybką przesiadką w Zurichu, nigdy jeszcze nie byłem. Niemiecka część tego kraju wiadomo: zorganizowana, czyściutka, błyszcząca i w moim mniemaniu szorstka. Na granicy między Szwajcarją a Austrią ruch jest dość płynny i celnicy raczej bez żadnej kontroli przepuszczają napotkane auta.
Nie mnie. Nie wiem czy to moje stare auto, łysa pała, polskie blachy lub te wszystkie czynniki spowodowały dość dokładne sprawdzenie zawartości Peugeota oraz mojej tożsamości. Celnik poleciał z moim dowodem do środka prawdopodobnie celem sprawdzenia danych czy nie jestem przypadkiem ścigany listem gończym. Muszę przyznać, że celnicy zachowywali się bardzo fachowo i byli mili, choć okazali niechęc prowadzenia konwersacji w języku angielskim. Dobra, w porównaniu do amerykańskich i kanadyjskich przestawicieli tego zawodu byli naprawdę przyjemni. Cała akcja trwała 5 minut i gdy na ostateczne pytanie, jaki jest cel mojej podrózy, odpowiedziałem France z ogromnym uśmiechem pożegnali mnie: Bon voyage et à plus tard.

W Szwajcarji nie kupiłem winiety na autostrady nie celem oszczędności, tylko chciałem faktycznie zobaczyć ten kraj od podszewki. I tak się stało. Przejazd z północnego wschodu na południowy zachód do granicy z Francją zajął mi dobre 9 godzin. Ale warto było, gdyż widoki powalają. To, że ich drogi krajowe nie mają żadnych obwodnic pozwoliło mi poczuć klimat niemalże każdego miasta, miasteczka i wsi napotkanej po drodze. Oczywiście w tym kraju każdy kierowca ma prawidłowy i notoryczny nawyk przepuszczania każdego pieszego, który zbliża się do pasów na jezdni więc miałem okazję również zaliczyć parę uśmiechów obywateli tego kraju a nawet i uroczych pań. Te ostatnie są bardziej spotykane we francuskojęzycznej części tego kraju.




Po Szwajcarji Francja i znana mi dolina rzeki Rhône. Znów przypomniały mi się czasy Miratransu, gdyż często tam z nimi jeździłem, aż nareszcie dotarłem do właściwego punktu rozrywki moich wakacji: Hiszpania. Cholernie kojarzy mi sie z Kalifornią choć tak naprawdę poza paroma widokami i językiem hiszpańskim nie ma zbyt wiele z nią wspólnego. Kij  z tym, odczuwam podobne emocje gdy tam wjeżdżam, I od tego momentu jazda była totalnie na luzie. Robiłem około 500km dziennie, zatrzymując się to tu, to tam i dość szybko znajdując miejsce do noclegu na dziko. W przeciwieństiwe do Ameryki (tam można to robić, ale budzi to zbyt dużą ciekawość i często kończy się wizytą Policji) Europa ma to do siebie, że wystaczy namiot i teoretycznie wszędzie można rozbić sie na dziko.  Przy morzu lub oceanie jest to jeszcze łatwiejsze. Chyba tylko jeden raz sytuacja była na tyle beznadziejna, że zmuszony byłem wyciągnąc Iphona i rozejrzeć się za noclegiem w hotelu. W sumie raz na jakiś czas to też jest dobre. Zauważyłem, że sporo ludzi spędza wakacje w ten sposób. Spotkałem wiele samochodów osobowych, busów a także kamperów (ich było najmniej) zaparkowanych przy wodzie a zaparowane szyby świadczyły o śpiących w nich ludziach. Również i mnie zdarzyło sie spać w samochodzie na tylnym siedzeniu.... Nie sądziełem, że w Portugali może być latem aż tak zimno i nie wziąłem żadnego konkretnego śpiworu. Właśnie: w Portugali nad Atantykiem podobało mi się najbardziej. Widoki i skarpy niesamowite, choć Hiszpania też zauroczyła mnie swym suchym pustynnym klimatem. Nigdy nie byłem na południu Hiszpani więc byłem bardzo ciekawy. Miałem również w planie popłynąć promem do Maroko, ale po stwierdzeniu piętnasto godzinnej kolejce na prom odpuściłem sobie.

W sumie moje wakacje polegały na totalnym wyciszeniu się. W ten sposób najbardziej odpoczywam fizycznie i psychicznie. Szum fal i szumiący mózg skutkiem wytrawnego wina lub dobrego piwa ma nieporównywalną wartość leczniczą. Nie zwiedzałem większych miast, raz że nie przepadam za ich zgiełkiem, a dwa że zachodnie miasta znam dość dobrze. Zwiedzanie ich zmniejszyłem do przejechanie przez ich cetrum. W sumie trochę żałuję ale byłem też świadomy, że na każde z nich musiałbym poświęcić conajmniej parę dni. Nie ważne. Jeszcze mam czas na zwiedzanie metropolii. Koszt wakacji? Nie aż tak tragicznie. Na paliwo wyszło około 3500PLN. Na autostrady, gdyż wracając przez Francję skorzystałem z nich, około 200 Euro. Jedzenia wziąłem trochę z Polski, część dokupywałem, a część mojej diety stanowiły lokalne wyroby w restauracjach. W sumie na taką wyprawę poszło mi 5000pln, Biorąc pod uwagę że największy koszt to paliwo gdybym wybrał sie w większej paczce te wakacje mogą być naprawdę tanie. Niestety, mam tą wadę, że nauczyłem się i odnajduję się w samotności :P.

Tyle relacji z wakacji. Sądzę, że złożę z tego również film ale nie mam ostatnio zbyt wiele czasu. Gdy wróciłem do Polski zastałem zalane mieszkanie przez sąsiadów, więc ostatnie dwa tygodnie, przed wyjazdem do Kanady, spędziłem na malowaniu (przy okazji rozwaliłem piec kaflowy) i takich innych pierdołach. Po przylocie tutaj od razu stawiłem sie do pracy i w momencie jak piszę jestem gotowy do drugiego wyjazdu do USA. Jak narazie jestem nastawiony na jazdę lokalną po Montrealu, krótkie kursy parodniowe za granicę i raz na dwa miesiące jakaś wyprawa na zachód Ameryki. Wiem, że może to zasmucić paru z Was, ale potrzebuje więcej czasu w Montrealu, gdyż mam dwa projekty za które konkretnie chcę się wziąć. Jakie? Może zdradze to wkrótce :)

Tyle newsów na dziś :)









niedziela, 22 czerwca 2014

Fale, nikt ich nie zatrzyma.

Szczególnie tych w głowie.

Miałem pisać na blogu: założenie. Nie znalazłem natchnienia albo ono nie znalazło mnie: bywa. Więcej kręciłem: tak wyszło. Po prostu biegłem za swoim cieniem. Mechaniczny koń nie miał wytchnienia, ja też nie.

Do tej pory zastanawiam się jak działa moja psychika a przede wszystkim dlaczego pęd i przemieszczanie się dostarcza mi ulgę. Nie wchodzi w grę adrenalina prędkości, bardziej wolna i systematyczna essencja powtarzających się krajobrazów. Często łapię się na tym, że mój umysł jest zbyt ograniczony aby zrozumieć to co mnie otacza. Widoki to tylko namiastka. Nie mniej jednak... Czuję wszystko i nie mogę się od tego odłączyć. To już zrozumiałem. Wszystko jest wyryte w mojej świadomości.

Przestałem pisać, bo większość myśli chciałem zachować dla siebie, co wobec Was jest niesprawiedliwe. Każdy z nas jest egoistą więc proszę, wybaczcie mi. Obiecuję poprawę ale nie nastąpi ona prędko, gdyż wszystko dociera do mnie stopniowo. Czas goi rany. Gówno prawda.

Za tydzień kończę pracę. Jadę na wakacje do Polski, do Europy. Co dalej, nie wiem. Daję sobie czas do namysłu. Dokładnie dwa miesiące.


piątek, 21 lutego 2014

Proza Kierowcy

Jeżdże we wszystkie strony, non stop uciekając przed myślami, które nie dają mi spokoju. Droga, którą dobrze znam przez te ostatnie lata nauczyła mnie wiele. Dała mi ukojenie, moc oraz wiarę w siebie. Dziwne, że przeciąganie ładunków z jednej części kontynentu na drugą może w taki sposób działać na duszę człowieka. Droga jest i będzie, to kolejny pewnik w moim życiu, wiem dokładnie co od niej oczekiwać i kiedy na nią uważać. Najlepiej czuję się w miejscach gdzie jestem sam na sam z nią. Niecierpię śladów gospodarczych człowieka na naszej ziemi. Potrafi wszystko zaszpecić w imię postępu oraz rozwoju ekonomicznego. Zyć w symbiozie z ziemią, która jest oazą dla życia to jest dopiero sztuka, ale może być za późno zanim homosapiens zauważył ile zła wyczynił. Właśnie w takich miejscach z daleka od zgiełku sam na sam z drogą, wracają do mnie te myśli, z którymi już nauczyłem się żyć. Dziś 21, zatem wszystkiego najlepszego.