UWAGA POST DOŚĆ TECHNICZNY.
Sądzę że niektórzy z Was obserwują jak przemieszczam się po tym kontynencie dzięki mapce, którą umieściłem wyżej. Zauważyliście może gdy jadę to nie potyczkuję się tylko idę na całego. Spójrzcie na zdjęcie obok: to moje statysyki jazdy pod koniec dzisiejszego dnia. Przeciętna prędkość wyszła 103km/h na 11 godzin jazdy. Powiem że całkiem nieźle! Z tego względu moja aktywność na necie zmniejsza się do minimum. Jest po prostu: jazda, sen, jazda, sen aż do celu. Fizycznie to dość wymagające. Po całym dniu 'dymania' nie mam ochoty na nic innego tylko na walnięcie się na łóżko. Dlatego więc posty nie pojawiają się aż tak często. Do tego o czym tutaj pisać skoro nic się nie dzieje oprócz podziwiania widoku autostrady w nieskończoność ( choć jest to wciągające, przyznaję)
Nie mniej jednak myśli i zdania chodziły mi cały dzień po głowie, więc postanowiłem je uwolnić z mojej mózgownicy i podzielić się nimi z Wami.
Kolejny powrót z zachodu na chłodni, czyli z towarem dość szybko psującym się. Znów na pace mam 20 ton jabłek i gruszek, tym razem idealnie schłodzonych, innymi słowy nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji podczas ładowania towaru. Z jednym małym wyjątkiem. Moja spedytorka jeszcze w piątek pytała mnie się czy dam radę z tym dotrzeć na wtorek rano do Montrealu jakieś 4700km dalej. Przeliczyłem wszystko i śmiało odpowiedziałem że tak, zaznaczając wyraźnie że wszystko będzie zależało od tego czy wyrobię się ze załadunkiem do wieczora. Widziałem że da się to zrobić legalnie według wszyskich przepisów, ale czekała mnie jazda przez przynajmniej 3 dni po nocach. Załadunek trwał 24 godziny. Miałem dwa miejsca gdzie zbierałem towar i w pierwszym miejscu, w piątkowe popołudnie, straciłem 5 godzin bo nie mogli doszukać się jednej palety jabłek. Gdy podjechałem pod drugie miejsce załadunku, 150km dalej, pod rampami świeciło pustkami: firma zamknięta. Nie zostało nic innego jak iść spać i czekać do rana aż otworzą. Dotarcie do Montrealu na wtorek rano stało się mało realne bo mimo że jestem szurnięty to nie do tego stopnia żeby jechać jak podwójna obsada. 66 godzin i 4700 km: to robota dla teama, nie dla mnie. Ja ustaliłem moją włąsną normę gdy wracam z zachodniego wybrzeża: 76 godzin. Pozwala mi to jechać "prawie" na legalu odpoczywając normalnie po 10 godzin dziennie. Prawie na legalu, bo naciągam jedynie ostatni dzień jazdy, wydłużając go o parę godzin i minimalnie skracając sen. Nie będę wnikał w szczegóły bo ponownie Was zgubię ale i tak sądzę że Prince nie powinien za bardzo na taki wynik narzekać. Gdy poinformowałem spedytorkę w poniedziałek o sytuacji, trochę się zmartwiła, ale powiedziała: trudno, poinformuję odbiorcę co i jak a ty jedź jak najszybciej tylko potrafisz. Co robię. Powiem Wam szczerze że "na jabłkach" bardzo rzadko zdarza się taki napięty termin, bo przeważnie dają aż 5 dni na powrót. Po prostu mam lekkiego nie farta jak na początek w tej firmie, ale bywa. Szybkie ładunki z zachodniego wybrzeża idą z Kalifornii. Napiszę o nich gdy będę z takim wracał.
Zresztą czy bym musiał jechać szybko czy nie to wracając mam swój styl. Wsiadam na konia i jazda! Od momentu wyjechania z Yakimy w Waszyngtonie stawałem tylko po paliwo i na spanie. Wczoraj ruszyłem w okolicach Salt Lake City w Utah, zatankowałem paliwo w dokładnie 9 minut w Cheyenne w Wyomingu i rzuciłem kotwicę na równiutkie dziesięć godzin w Gothenburgu w Nebrasce. Dzisiejszy dzień był jeszcze lepszy bo przejechałem 11 godzin na stop i wylądowałem już za Chicago na truck stopie w miejscowości Lake Station, Indiana ( 11 godzin jazdy to maksymalna ilość godzin jakie można jechać samochodem ciężarowych w USA dziennie). Od 7 am do 6:30PM. Tak, wiem: pół godziny dłużej. Wynikło to z tego faktu że wczoraj nie wykorzystałem 30 minut jazdy więc nadrobiłem to dzisiaj. Jakie to szczęście że mamy książki a nie tacho nie? Może szczęście albo nieszczęście ale po prostu tak jest. Teraz zostało mi jedynie 1300 km do Montrealu, rzut beretem. Nie będę musiał zatem nic kombinować. W Kanadzie mam prawo jechać aż 13 godzin w jeden dzień. 13h x 103km/h średniej = BINGO 1300 km. A może nawet jutro uda mi się uzyskać jeszcze lepszą przeciętną niż dzisiaj więc będę miał trochę zapasu na ewentulane korki w piekielnym Toronto. Jutro bez żadnej litości: start 4:45 AM i non stop aż do Montrealu. Wszystko jest wyliczone tak żeby przeskoczyć Toronto w południe. Jedyny postój będzie na granicy, sądzę że nie więcej niż 2 minutki. Dzwoniłem już do agenta i moje dokumenty są zrobione i zarejestrowane u kanadyjskich celników. Może, ewentualnie stanę na 15 minut w Mississaudze (przedmieścia Toronto) i zaopatrze się w polskie piwo. Brakuje mi go strasznie!
Na sam koniec pragnę jeszcze podziękować wszyskim, którzy do mnie piszą maile. Robią mi one wiele dobrego bo prawie każdy list oprócz pytań, zawiera jakieś dobre słowa. Podczas tych długich nieskończonych chwil spędzonych sam na sam z maszyną Wasze listy, komentarze do filmów oraz tu na blogu pozwalają mi odczuć że jestem mniej samotnym wilkiem. Dalej jestem zdziwiony że interesuje Was przeciętny kierowca trucka ale cóż. Postaram się w miare możliwości odpowiadać na listy, ale proszę uzbroić się w cierpliwość. Planuję również wnieść małe zmiany tutaj na blogu, między innymi dodać rubrykę obecnego zadania transportowego, które wykonuję. Razem z mapką da Wam to mniej więcej pojęcie gdzie, kiedy i dlaczego znajduję się w danym miejscu.
A więc GO GO GO to Montreal!
wtorek, 25 października 2011
środa, 19 października 2011
Szybki przeskok przez pasma gór.
Miałem to szczęscie że dziś była piękna pogoda. Zrzuciłem dwie palety z samego rana, czynność trwała dosłownie parę minut i uderzyłem jeszcze przed wschodem słońca w stronę pięknych gór skalistych. Znów moja droga poprowadziła przez rezerwat indiański: chciałem objechać Calgary i poranne korki. Droga była trochę kręta i wąska, ale napewno zaoszczędziłem wiele czasu i przy okazji odrykłem nową ścieżkę. Calgary znajduje się u stóp gór skalistych jeszcze na preriach, więc objeżdżanie go nie sprawia większego problemu. Jest to najwyżej położone miasto w całej Kanadzie, bo aż 1400m nad poziomem morza.
Gdy tak jedziemy na zachód i słońce wstaje za nami, nadaje to pięknych kolorów wierzchołkom gór. Świeży puszysty śnieg zabarwiony lekkim czerwieniem. W miarę jak zbliżałem się do pierwszego pasma gór we znaki zaczynały się dawać coraz to silniejsze porywy wiatru. Często gdy góry wyrastają przede mną na horyzoncie zadaję sobie pytanie: jak ta droga, którą jadę znajdzie sobie przejście i poprowadzi mnie na drugą stronę? Gdy zbliżam się coraz bliżej i widzę jaką potęgę mam przed sobą dalej z niedowierzaniem i fascynacją kiwam głową, Ale jednak, człowiek jakoś to zbudował i w pewnym sensie pokonał siły natury.
Spojrzałem na termometr Volva: temperatura zewnętrzna -5 stopni Celciusza. Brrrrr, wyjeżdżając z Montrealu było jeszcze prawie lato. Ale cóż, pokonywanie takich odległości wiąże się z tym że przejeżdżamy przez rózne pory roku. Dlatego w mojej podręcznej garderobie mam krótkie spodenki a obok czapkę i rękawiczki. Trzeba być przygotowanym na wszystko.
Sama droga szła rewelacyjnie. Byłem ciężki jak cholera, skład ważyl 38 ton więc trochę się nawajchowałem przy podjazdach pod górki. Volvo sprawuje się doskonale. Ma trochę dziwne przełożenie skrzyni biegów i biegi są dość "długie" więc trzeba używać trochę innej, bardziej dynamicznej techniki przy redukcji, ale da się przyzwyczaić.Odświeżyłem sobie nazwy paru miast, o których już prawie zapomniałem, bo sama drogę znam dobrze i wiedziałem mniej więcej co znajduje się za każdym zakrętem. Nie było żadnych nowych odkryć ani nie miłych niespodzianek. Po prostu odwiedzenie starego dobrego szlaku z pięknymi krajobrazami.
Muszę przyznać, dziś był jeden z fajnieszych dni pracy za kółkiem od momentu podjęcia nowej pracy. Jestem już w okolicach Vancouver, ponad 4500km od domu i najlepsze jest to że w ogóle tego nie czuję. Wydaje mi się że zawodowy kierowca tak po pewnym czasie ma i wszędzie czuje się jak u siebie. Pamiętam moje pierwsze dalekie wyprawy: byłem nieźle podniecony i cały czas miałem tę świadomość że jestem gdzieś hen hen daleko. Teraz muszę sobie mimo woli o tym przypominać i powtarzać: mam niesamowite szczęście że mogę wykonywać zawód który po prostu kocham.
wtorek, 18 października 2011
Trzecia trasa w nowej firmie do Vancouver, BC
Choć może powinienem przestać na nią mówić nowa? W końcu za tydzień minie miesiąc jak w niej pracuję.
Jest jedena ludzka konwencja, która nigdy nie zostanie przekupiona przez skorumpowaną naturę człowieka. Paradoskalne nie? Czas ma to do siebie że płynie i nic go nie zatrzyma. Upłynął ponad miesiąc od wyjazdu z Polski i oto jestem prawie w połowie trzeciej wyprawy w kanadyjskiej firmie. W sumie to drugi konkretny kursik, bo krótki wypad w okolice Chicago można nazwać szybką rozrywką nie znaczącą wiele.
Teraz już wiem dlaczego jazda tutaj na tym kontynencie daje mi inny smak. Zrozumiałem to po dwukrotnej przygodzie europejskiej. Na starym kontynencie wszędzie jest pełno ludzi, wszędzie czuć ich obecność, nawet za dużymi miastami. Tutaj natomiast gdy wyjeżdżam za miasta dość szybko odczuwam przestrzeń, ogrom ziemi i przyrody. Ludność Europy i Ameryki północnej (wykluczając Meksyk) jest porównywalna, ale oczywiście obszar jest tutaj o wiele większy. Pokonując ogromne dystanse między każdymi miastami, odświeżając sobie w głowie znane mi krajobrazy i miejsca, zdaję sobie sprawę jak bardzo jestem od tego uzależniony. Często wyobrażam sobie że drogi po której jadę nie ma. Wtedy mam przed sobą obraz dziewiczych terenów nie zniszczonych ani nie zagospodarowanych przez człowieka. Takie drogi bez żadnych znaków cywilizacji najbardziej przypadają mi do gustu. Gdy zbliżam się do większej osady ludzkiej na widok krzyczących bilboardów od razu odczuwam że coś jest nie tak. Może faktycznie instynk nomada we mnie się budzi i nieświadomie odrzuca tryb życia oraz poziom rozwoju do jakiego doszła nasza cywilizacja. Wiem że sam w tym uczestniczę i również ciągnę korzyść ale gdzieś w głębi coś mi mówi że to wszystko nie ma większego sensu. Dobra koniec rozmyślań bo raz że Was zanudzę, a dwa że Was zgubię.
Więc trzeci wyjazd. Oczywiście dłuższa wyprawa. Tym razem aż do Vancouver. Wpadnie cała Kanada. Najpierw mała dostawa w Calgary, u stóp gór Skalistych i później wio piękną drogą przez olbrzymie góry. Trzeci kurs i trzeci ciągnik. Mam już dość tych przeprowadzek. Po każdej jestem trochę zdestabilizowany mimo tego że nie mam dużo rzeczy do przeniesienia. To Volvo na zdjęciu ma być już tym moim stałym. Przygoda z Internationalem, poprzednim ciągnikiem była fatalna. Owszem, fajnie: ogromna kabina, dużo schowków i tak dalej, ale jeżeli chodzi o jazdę to tragedia. Zawieszenie na kołach kierujących nie było na poduszkach co całkowicie zmieniało zachowanie auta na wyboistych drogach. Do tego miałem pecha i trafiłem na lekką awarię: wiatrak od silnika zablokował się i cały czas był na chodzie. Po paru godzinach jazdy z jego wyciem w tle można było dostać konkretnego bólu głowy. Sama zwrotność też była wątpliwa i dopiero na sam koniec wyjazdu mogłem powiedzieć że cofanie miałem opanowane. Może po prostu trafiłem na trefny model, ale jeśli ktoś mnie spyta to mu powiem: International, nigdy więcej. Dziwnym trafem przyjeli aż trzy drużyny do mojej firmy i Volva VN660 są, według nich, za małe. Dlatego więc dostałem ten ciągnik i jestem z niego bardzo zadowolony. 485 koni mechanicznych, rocznik 2009 i wszystko w środku czyste i sprawne. To się liczy. Muszę jedynie trochę go przewietrzyć bo poprzedni kierowca musiał tutaj nieźle kurzyć fajki.
Kamera na stojaku, aprat w ręce i jutro rano uderzam w góry Skaliste. Mam koncepcję na film, który Wam przybliży tę drogę ale nic nie obiecuję co do kiedy. Żebyście wiedzieli ile ujęć robię, zanim powiem coś sensownego do kamery. :D Więc może jeszcze z dwie trzy wyprawy i coś ciekawego się uzbiera. Postaram się jak najszybciej, oczywiście ;)
Jest jedena ludzka konwencja, która nigdy nie zostanie przekupiona przez skorumpowaną naturę człowieka. Paradoskalne nie? Czas ma to do siebie że płynie i nic go nie zatrzyma. Upłynął ponad miesiąc od wyjazdu z Polski i oto jestem prawie w połowie trzeciej wyprawy w kanadyjskiej firmie. W sumie to drugi konkretny kursik, bo krótki wypad w okolice Chicago można nazwać szybką rozrywką nie znaczącą wiele.
Teraz już wiem dlaczego jazda tutaj na tym kontynencie daje mi inny smak. Zrozumiałem to po dwukrotnej przygodzie europejskiej. Na starym kontynencie wszędzie jest pełno ludzi, wszędzie czuć ich obecność, nawet za dużymi miastami. Tutaj natomiast gdy wyjeżdżam za miasta dość szybko odczuwam przestrzeń, ogrom ziemi i przyrody. Ludność Europy i Ameryki północnej (wykluczając Meksyk) jest porównywalna, ale oczywiście obszar jest tutaj o wiele większy. Pokonując ogromne dystanse między każdymi miastami, odświeżając sobie w głowie znane mi krajobrazy i miejsca, zdaję sobie sprawę jak bardzo jestem od tego uzależniony. Często wyobrażam sobie że drogi po której jadę nie ma. Wtedy mam przed sobą obraz dziewiczych terenów nie zniszczonych ani nie zagospodarowanych przez człowieka. Takie drogi bez żadnych znaków cywilizacji najbardziej przypadają mi do gustu. Gdy zbliżam się do większej osady ludzkiej na widok krzyczących bilboardów od razu odczuwam że coś jest nie tak. Może faktycznie instynk nomada we mnie się budzi i nieświadomie odrzuca tryb życia oraz poziom rozwoju do jakiego doszła nasza cywilizacja. Wiem że sam w tym uczestniczę i również ciągnę korzyść ale gdzieś w głębi coś mi mówi że to wszystko nie ma większego sensu. Dobra koniec rozmyślań bo raz że Was zanudzę, a dwa że Was zgubię.
Więc trzeci wyjazd. Oczywiście dłuższa wyprawa. Tym razem aż do Vancouver. Wpadnie cała Kanada. Najpierw mała dostawa w Calgary, u stóp gór Skalistych i później wio piękną drogą przez olbrzymie góry. Trzeci kurs i trzeci ciągnik. Mam już dość tych przeprowadzek. Po każdej jestem trochę zdestabilizowany mimo tego że nie mam dużo rzeczy do przeniesienia. To Volvo na zdjęciu ma być już tym moim stałym. Przygoda z Internationalem, poprzednim ciągnikiem była fatalna. Owszem, fajnie: ogromna kabina, dużo schowków i tak dalej, ale jeżeli chodzi o jazdę to tragedia. Zawieszenie na kołach kierujących nie było na poduszkach co całkowicie zmieniało zachowanie auta na wyboistych drogach. Do tego miałem pecha i trafiłem na lekką awarię: wiatrak od silnika zablokował się i cały czas był na chodzie. Po paru godzinach jazdy z jego wyciem w tle można było dostać konkretnego bólu głowy. Sama zwrotność też była wątpliwa i dopiero na sam koniec wyjazdu mogłem powiedzieć że cofanie miałem opanowane. Może po prostu trafiłem na trefny model, ale jeśli ktoś mnie spyta to mu powiem: International, nigdy więcej. Dziwnym trafem przyjeli aż trzy drużyny do mojej firmy i Volva VN660 są, według nich, za małe. Dlatego więc dostałem ten ciągnik i jestem z niego bardzo zadowolony. 485 koni mechanicznych, rocznik 2009 i wszystko w środku czyste i sprawne. To się liczy. Muszę jedynie trochę go przewietrzyć bo poprzedni kierowca musiał tutaj nieźle kurzyć fajki.Kamera na stojaku, aprat w ręce i jutro rano uderzam w góry Skaliste. Mam koncepcję na film, który Wam przybliży tę drogę ale nic nie obiecuję co do kiedy. Żebyście wiedzieli ile ujęć robię, zanim powiem coś sensownego do kamery. :D Więc może jeszcze z dwie trzy wyprawy i coś ciekawego się uzbiera. Postaram się jak najszybciej, oczywiście ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

