piątek, 14 października 2011

Długo oczekiwany film, pierwszy zza wielkiej wody od czasu wyjazdu z Polski.

Mam nadzieję że Wam się spodoba!

niedziela, 9 października 2011

Niezła gafa!

Wczoraj, przez moje roztrzepanie znalazłem się w bardzo niezręcznej sytuacji. Do tej pory jak o tym myślę, a nie da się nie myśleć, to mam ochotę włożyć głowę w piasek, albo lepiej: w ogóle zapaść się pod ziemię.

Wracałem już z pustą naczepą do bazy po rozładunku w Ottawie, który poszedł dość zręcznie. Naczepa radośnie podskakiwała na wybojach wyśmienitych dróg wschodniego Ontario. Tak jakby cieszyła się ze mną z pięknej, ciepłej pogody. Wypadło że w tym roku w Kanadzie indiańskie lato przyszło dość wcześniej. Wiedziałem również że już w Montrealu będę zmieniał mój tymczasowy ciągnik na inny, który ma być moim stałym narzędziem pracy.

I tutaj zaczęły się problemy. Dostałem klucz oraz numer trucka. Wchodząc do niego od razu uderzyła mnie nieprzyjemna woń papierosów. Widok był jeszcze bardziej żałosny: wszędzie pełno jakiś rzeczy w nieładzie: sandały, na łóżku jakiś śpiwór, czajnik do gotowania wody na podłodze itd itp. Wróciłem do biura i mówię do szefa że ten truck nie jest wyczyszczony i pełno w nim rzeczy po kimś. Szef podrapał się po głowie, zadzwonił do kierowcy i spytał go czemu nie opróżnił trucka. Z rozmowy wynikło że zrobił to i jeśli jakieś rzeczy tam zostały można je wszystkie wyrzucić. Sam właściciel poszedł ze mną do tego żałosnego trucka, popatrzył na jego stan i mówi: podjeżdżaj nim pod kontener ze śmieciami. Pomagał mi wywalić wszystko, ale dosłownie wszystko. Operacja trwała jakieś 10 minut po czym powiedział mi żebym pojechał na myjnie żeby dokładnie umyli go w środku. Pięknie, myślę sobie. Cała afera zaczęła się gdy ni z tąd ni z owąd, podczas gdy spokojnie układałem moje rzeczy w śrdoku kabiny ktoś puka i pyta: Co robisz w moim trucku? Trochę mnie zatkało ale mówię że zadamawiam się bo od dzisiaj ja mam nim jeździć.
-Jak to? A gdzie moje rzeczy? po akcencie poznałem że to Rosjanin.
-Szef kazał mi je wyrzucić do śmieci i pomagał mi w tym.
Cisza. Zadzwonił do szefa i po krótkiej rozmowie podał mi słuchawkę:
-W trucku o jakim numerze jesteś???
Nerwowo popatrzyłem na kluczyki i na numer jaki tam jest: w 564124
-Napewno???? Jesteś w 564128! Przyjdzcie natychmiast na górę! I rzucił słuchawką.

Zrozumiałem. Byłem nie w tym trucku co trzeba i wyrzuciłem, razem z szefem wszystkie rzeczy tego nieszczęśliwego kierowcy, co więcej jego zmiennikia również, bo to truck podwójnej obsady.

Rusek zaczął kląć, zrobiło mi się strasznie głupio i mówię mu że nie rozumiem jak to jest bo kluczyk który miałem pasował! On na to że w tej firmie kluczyki są wszystkie takie same do tych wypożyczonych ciągników. Oczywiście zacząłem go przepraszać i zaczęło mi się robić coraz bardziej gorąco.
Tłumaczę mu że sprawdziłem numer , w pośpiechu pewnie nie dojrzałem ostatniej cyferki a że kluczyk pasował i do drzwi i do stacyjki to wprowadziło mnie w błąd oraz nie zbudziło żadnych podejrzeń. Pomyślał, pomślał aż w końcu zaczął się śmiać.
-  Jestes nowy nie? Mówisz po rosyjsku? bo masz dziwny akcent.
- Jestem Polakiem.
- Dobra chodźmy na górę i nie przejmuj się, poklepał mnie po ramieniu, - Shit happends.

Szef wziął mnie na dywanik i mówi: Wiesz co by się stało gdybyś pojechał tym truckiem na granicę? Mielibyśmy wiele kłopotów. Odpowiedziałem mu że z pewnością bym skapnął się przed granicą że coś nie tak bo zawsze trzy razy sprawdzam numery rejestracyjne czy są zgodne z tym co mam w dokumentach. Nie mniej jednak przyznałem się do winy. Jak się popełnia błąd najlepszą kuracją przyznać się do niego od razu. Zresztą według mnie szef trochę miał w tym udziału bo on też nie sprawdził numeru trucka :D.

Rosjanina też wziął na rozmowę, odpalił mu trochę gotówki za wyrzucone rzeczy, także gdy już wychodziliśmy z biura miał dość duży uśmiech na twarzy. Odnalazłem na placu właściwy ciągnik, sprawdziłem jego numery pięć razy, po czym szybko przełożyłem moje manatki i pojechałem do domu. Zrelaksowałem się wypijając duszkiem dwa zimne piwa.: CO ZA DZIEŃ! Do tej pory jeszcze chce mi się krzyczeć gdy myśle o tej całej, niezręcznej sytuacji.

Dzisiaj znów wyjazd. Tym razem króciutki bo tylko okolice Chicago. Nie ma co siedzieć w domu, jak jest praca to się ją bierze, szczególnie po takich wakacjach jakie sobie zrobiłem. Wrócę pewnie w środę najpóźniej i wtedy postaram się skleić dla Was jakiś film z pierwszej mojej wyprawy. Materiału mam sporo tylko czasu na jego obróbkę mało.

Oto pojazd, który od dzisiaj jest moim drugim domem:


czwartek, 6 października 2011

Opowieści o wątpliwej treści.

Opowiem Wam dzisiaj w jakiej dziwnej sytuacji może znaleść się kierowca gdy firma, która wysyła towar oraz jego odbiorca grają w dziwną grę i kombinują jak wrobić przewoźnika i narazić go na przewiezienie ładunku za pół ceny lub generalnie za darmo.

Najpierw parę definicji i faktów. Naczepa - chłodnia w której przewozi się towar, ma ograniczoną wydajność. Jest ona przystosowana do utrzymania różnych temperatur ale nie jest w stanie schłodzić ani ogrzać produtku, który  w nią ładujemy. Dlatego podczas załadunku bardzo ważnym jest sprawdzić czy to co nam ładują na chłodnię jest gotowe do transportu. Innaczej: czy produkt ma taką temperaturę jaka jest wymagana do przewozu na dokumencie przewozowym.

Cała checa polega na tym że jeśli kierowca nie sprawdzi i załaduje np ciepłe pomidory to firma która zamówiła towar może odmówić przyjęcia, lub nawet domagać się odszkodowania od przewoźnika za przyjęcie trefnego towaru. Wiadomo że owoce i warzywa jeśli nie mają odpowiedniej temperatury dość szybko się psują.

Mój początek tygodnia był bardzo ciekawy. Po całym weekendzie dostałem w końcu zlecenie. Mam załadować 20 palet jabłek i gruszek w trzech różnych miejscach. Na zleceniu było wyraźnie zaznaczone żebym ustawił chłodnię na 33 stopni Fahrenheita (około 0.5 Celciusza) i żebym dobrze zmierzył temperaturę jabłek. Nie mogły być cieplejsze niż 38 stopni. W pierwszej firmie poszło idealnie: załadunek trwał 20 minut i wszystkie palety były odpowiednio schłodzone. Natomiast w drugim miejscu zaczęły się przeboje. Towar był zdecydowanie za ciepły bo termometr wskazywał prawie 50 stopni. Pierwsze co to telefon do mojej spedytorki żeby ją poinformować o tym co mi chcą wcisnąć. Nerwowym głosem kazała czekać na jej telefon, rozłączyła się i zadzwoniła do firmy która zamówiła towar. Po 10 minutach oddzwoniła i kazała mi wstrzymać załadunek, nie brać nic na chłodnię i czekać tam do rana żeby te ciepłe palety zostały schłodzone. Ciut za późno, bo mnie już dawno wygonili z pod rampy, niesamowicie szybko wózkowi uwijali się z ładowaniem. Idę zatem do okienka i tłumaczę życzliwej pani, która miała już wszystkie dokumenty gotowe do podpisania, że niestety ale towaru nie mogę przyjąć i proszę o natychmiastowe zdjęcie go z naczepy. Zrobiła duże oczy ale gdy użyłem argumentu że na naczepie mam inny ładunek i jej ciepłe palety mogą zepsuć te, które załadowałem w innej firmie od razu podała numer rampy. Była godzina 6 wieczorem. Po całym weekendzie próżnowania, miałem znów czekać do rana. No cóź bywa. Rano od nowa ta sama porocedura. Budzi mnie ktoś i pyta się czy jestem tym gościem co wczoraj odmówił załadunku. Że co? Ja Odmówiłem?
- Choć zmierzyć jeszcze raz, powiedział wózkowy - ale od wczoraj nic się nie zmieniło, albo je bierzesz takie, albo jak chcesz to możesz czekać jeszcze jeden dzień i może wtedy będą zimne. Wyraźnie odczułem sarkazm w jego głosie. Zrozumiałem że mierzenie temperatury nie ma najmniejszego sensu i od razu wykonałem tel do spedycji. I od nowa ta sama bajka, telefony tu i tam a ja sobie czekam i powoli zaczyna mnie to wszystko coraz bardziej irytować. Wykonuję moją pracę według wskazówek  mojego pracodawcy a tu gdzie ładuję zaczynają do mnie mieć pretensje i krzywo na mnie patrzeć bo robię im problem od prawie doby. Na dokumencie przewozowym jest napisane czarne na białym że temperatura w jakiej produkt ma tranzytować to 33 stopnie to czemu upierają się żeby wcisnąć mi coś co jest cieplejsze. Do tego sam odbiorca się na to nie zgadza. I tak odbijali sobie piłkę jeszcze z parę godzin a kierowca sobie czekał. Kogo obchodzi kierowca, czy mu się spieszy czy nie, czy może też już ma dość tego czekania. W końcu odbiorca zgodził się na jabłka w takim stanie potwierdzając to faxem do mojej firmy. Do tego przy podpisywaniu papierów bardzo wyraźnie zaznaczyłem jaką temperaturę miał towar przy odbiorze. Pani w okienku znów kręciła nosem że niby dlaczego. - Dlatego że tyle ma! Chce pani ze mną iść zmierzyć???? - zaczynały mi puszczać nerwy.

Bo co by się stało gdybym machnął ręką i na początku załadował ciepły towar nie informując o tym nikogo? Przy odbiorze, klient mógłby stwierdzić że ładunek nie nadaje się do niczego i żąda odszkodowania od mojego przewoźnika. Akurat jabłka nie są aż tak wrażliwym owocem i nawet gdy są cieplejsze tak szybko się nie psują więc nieodpowiednia temperatura mogła być tylko pretekstem bo i tak poszłyby do sprzedaży. Mam fakturki, bo jadę z tym przez granicę: wiozę całą naczepę jabłek i gruszek o wartości ponad 20000 USD. Cena za kurs z zachodu na wschód kontynentu w dniu dzisiejszym to około 6000-7000USD.  Tak więc przy załadunku trzeba być bardzo , ale to bardzo ostrożnym.




Zapomniałem o tej całej niezręcznej sytuacji gdy już byłem załadowany i zacząłem zmierzać na zachód. Washyngton to piękny stan i cieszy mnie że teraz będę miał okazję go poznać bliżej. Oto parę fotek z wtorkowego popołudnia gdy zmierzałem na zachód drogą nr 2. Mimo że straciłem dzień na załadunku to i tak muszę to dowieść na sobotę rano do Ottawy. Da się to zrobić jeszcze na legalu, ale po drodze nie może wypaść mi nic niespodziewanego. Sądzę że i tak w ostatni dzień będę musiał sobie skrócić pauzę dobową o jakieś 2 godzinki ale to już tylko taki mały szczegół.